Matka Torpeda
Matka Torpeda

Nie pieprz się za dużo w kuchni.

Mam talent kulinarny – serio, bez wątpienia i bez dwóch zdań. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że Igrek dalej funkcjonuje. Mój problem jednak polega na tym, że ciągle chcę eksperymentować i sięgać dalej niż dosięgają moje ręce.

Nie-mąż do moich “wymyślań” kulinarnych jest już przyzwyczajony. Jeśli będzie mięso – będzie okej.
Niczym Robert Makłowicz w wersji damskiej – DZIŚ zajmiemy się kuchnią chińską, którą sami Chińczycy wymyślili dla swoich Chin tak chińskich jak tylko to może być chińskie.

Nie to nie będzie zupka chińska. Aha, z Uszatego też obiadu nie zrobiłam – biega dalej po mieszkaniu i ma się dobrze.

– A może zrobisz coś innego? Ryżowego ? Ostrego? Takiego chińskiego na przykład – odpowiada Igrek na moje standardowe pytanie “co zrobić na obiad”

Dobra jest czelendż, jest pomysł trzeba tylko go zrealizować. Zaopatrzyłam się we wszystko co chińskie czyli: polski ryż, polski cycek kurczaka, polski por i nie-polską marchewkę i zaczęłam działać. Aha, było też jajko prawdopodobnie z polskiej kury, ale pewna nie jestem.

Uzbrojona we wszystko co niebezpieczne w kuchni i nakręcona jak ruski wentylator przystępuje do działania. Kroję, smażę, gotuję – napięta byłam bardziej niż plandeka na żuku.

Wieloletnia towarzyszka mego życia zwana bliżej moją przyjaciółką postanawia wpaść na kawę. Czyli znalazłam kogoś kto nieodpłatnie wypróbuje i nie zdąży mnie podać do sądu za uszczerbek na zdrowiu. A jak zdąży to nie będzie miała serca żeby to zrobić ze względu na wieloletnią przyjaźń – czyli można powiedzieć: Idzie mi co raz lepiej.

– Ty, ja do tego muszę wbić jajko – zdezorientowana jak stonka po wykopkach rzucam w jej kierunku.
– Jajko? Do ryżu i marchewki?
– No tak by na to wychodziło.

Spokojnie coś tam się smaży, coś tam dodaję, LEKKO przyprawiam pieprzem. Dorzucam kawałki cebuli, LEKKO pieprzę.
Zapach orientalny niczym w najlepszej chińskiej knajpie unosi się po całym mieszkaniu.

Wychodziło by na to, że już co raz bliżej efektu końcowego – ostatnie poprawki, ostatnie lekkie pieprzenie i można by powiedzieć bon appetit jeśli ktoś wie jak to brzmi po chińsku.

– Według mojego totalizatora na Ciebie wypadło kosztowanie – zwracam się w jej kierunku
– Dawaj! – ona jeszcze w tym momencie była ucieszona.

Nakładam na talerz, podaję widelec. Czekając na opinię pocę się jak koń po westernie.

W jej oczach widzę łzy, a twarz robi się czerwona, zaczyna kaszleć, ale żyje – czyli jest dobrze.

– Ile dałaś tego pieprzu? – albo mi się wydawało albo brzmiało to jak ostatnie tchnienie.
– No trochę, szczyptę. Może dwie. No góra trzy!

Spoglądam na pojemnik z pieprzem. Noooo to była szczypta jeśli szczyptą można nazwać połowę pojemnika. Trochę większą połowę.

Ostatecznie nie będę jednak startować do programów kulinarnych. Mogłabym ich zawstydzić swoją umiejętnością doprawiania.  Pozostanę gwiazdą kuchni w domowym zaciszu. Tak dla wszystkich będzie lepiej. Dla mojej kartoteki policyjnej, która nie istnieje – również.

Ps: Igrek zjadł bez zająknięcia, nie łzawił i poprosił o dokładkę. To jest najlepszy dowód miłości ever.

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

40 Responses

  1. Ja robiłam dziś na obiad Enchiladas i zamiast posypać mięsiwo przyprawą, to żem wsypała całą saszetkę do sosu pomidorowego 🙂 Wyszło piekielnie ostre. Ja żem musiała co gryz bądź dwa popijać sokiem, woda, cokolwiek znalazłam pod ręką do picia, za to mój mężu wpałaszował wszystko bez mrugnięcia okiem i jeszcze się pytał czy jutro będzie to samo na obiad bo dobre 😀

  2. Też się zawsze jaram eksperymentami z różnym skutkiem i El już przyzwyczajony. Bo co to za frajda jakąs pomidorówkę ciągle robić czy schabowy? 😛 Tyle, że na początku swoich doświadczeń byłam bardzo ostrożna z przyprawami. Za ostrożna. Stanowczo za ostrożna. W tę stronę też niedobrze 😉

  3. Moj Luby tez jest dla mnie wyrozumiały, jeśli chodzi o kuchenne rewolucje i ewolucje w momencie eydaniu 🙂 zawsze, kiedy mu smakuje, mowi: “dostajesz ode mnie kulinarnego nobla”. Także wiem też, kiedy mnie smakuje 🙂 a Ty, uważaj z tym pieprzeniem 😀

  4. Igrek ma po prostu jeszcze przepalone kubki smakowe po pomidorowej 😀
    Ty,a po co Ci to jajo było??? Ja nie dodawam. U mnie często ryżowe i makaronowe rzeczy bo męża jakoś za kartoflami nie przepada. On z domu zna tylko ziemniory ( i to nie pogniecione),kluch tam nikt nie robi bo nie umieją 😀
    Za to mam przepisa dobrego na pizze,ciasto nie drożdżowe 😀
    A Ty nie wiesz że co polskie to chińskie? 😀 Nawet rdzenni Chińczycy są polscy 😀
    A wracając do pieprzu,moja męża do wszystkiego dodaje granulowany czosnek. W ilościach hurtowych.Ogórkowa z czosnkiem,bigos z czosnkiem itd,itp 😀

  5. ha ha ha 🙂 niech żyje to kulinarne doprawianie. Ciekawy smak ma też potrawa, do której zamiast cukru doda się nieco więcej soli . Jakby się nad tym zastanowić to dobry pomysł na wypędzenie niemile widzianego gościa 🙂 ale najważniejsze, że igrekowi smakowało, bo przecież o to chodzi, by przez żołądek prosto do serca 🙂

  6. Hahaha, miejscami brzmi znajomo 😉 Czyli jesteś z tych co lubią mocno i dużo pieprzyć? ;} A pewnie też lubisz chili? ;/ Jedni mają jakby mosiężne gardło i przełyk, lubią wszystko na ostro, mogą a inni nie, znaczy przyprawy pewnie, ale nie tak by tylko je było czuć i by nie wypalały i nie łzawiły, ile to razy takie jadłem, jak była możliwość popijania mineralną lub mlekiem to czasem musiałem, zdrowo normalnie przyprawione jest ok 😉 jak ja mam za co i z czego to też robię, bo przecie samo sie nie zrobi….nic, od małego zwykle sam wszystko musze, nie tylko w kuchni ale we wszystkim, i to co brzmi znajomo, że te zdolności kuchenne, he he,u mnie też to różnie bywa, nigdy nie wiadomo co to wyjdzie, nawet gdy robiłem coś sto razy, jak wynajmowałem to było dwu kolegów, to jak który sam sie wpraszał to dawałem osrzeżenie że na własną odpowiedzialność próbuje i może sie otruć lub gorzej….czasem jak sprawdziłem to częstowałem, albo proponowałem z tekstem ” kto chce zaryzykować życie i śmierć” ;D raz ,dawno temu,trafiło się że nie pamiętam ale albo ktoś rypnał drzwiami lub co innego i mi ręka siuuuuuuup i pół słoika wegety sie wsypało do mizerii, kolega jak to zobaczył to dostał ataku śmiechu aż po podłodze sie zwijał a potem mówił na mnie WEGETKA ;] POZDRAWIAM

      • Wreszcie zalazłem swój koment, jest, nie skasowany, jak na razie i nawet mi coś odp. 😉 Więc skoro nie lubisz pieprzniętego to może jesteś tak ekspresyjna czy jak że tak popieprzyłaś? ;} Patrzyłaś , kontaktowałaś miarkę przy sypaniu? ;}

        • No była szczypta, potem druga, a potem… trzecia SZCZYPTA. I tak z tych wszystkich “szczypt” zrobiło się pół pojemnika.

          • A to ja wiem co pisałaś…..ale wiesz, porównując, dla jednych np, chwila to góra kwadrans ,dla innych to godziny, dnie dla innych to myk by uniknąć czegoś – i tak z wieloma rzeczami, skoro pół pojemnika to może były 3 ale napewno nie szczypty a łygi ;p albo chciałaś właśnie sprawdzić szczerość, naturalność i wyrozumiałość swej przyjaciółki, hehehe, ale to nie trzeba było jej tak pieprzyć,pzdr

  7. Pamiętam jak pierwszy raz ugotowałam eksowi barszcz czerwony. Je, je i tak na mnie patrzy… “O co Ci chodzi??? Niedobry???!!!” “Nie, no pyszny, tylko taki chrupiący” . Dopiero mama mnie uświadomiła, że buraki trzeba wcześniej ugotować i dopiero wtedy dodać do zupy starte. Nie od razu 🙂 Zrobiłam duży garnek, to chrupał wpół surowe buraki dwa dni 🙂

    • hahaha 😀 Ale się uśmiałam! Ja też na początku dzwoniłam do mamy: “Mamo! Robię kapuśniak! Mam dodać kapustę do wywaru czy gotować razem?” 🙂 Chociaż w domu gotowałam to i tak “na swoim” wolałam się poradzić! Nigdy nie zapomnę jak przyprawiłam surówkę z kiszonej kapusty “Maggie” 🙂 Obrzydlistwo! Mimo szczerych chęci, nikt nie zjadł 🙂

  8. Zdolna jesteś, Iksino! 😀
    Miałam kiedyś podobna historię – zamieszkaliśmy razem z moim, wtedy jeszcze, nie-mężem. I główny problem – jak ugotować, żeby było lepsze, niż u jego babci (u której za czasów wolnościowych mieszkał)? Wybór padł – a jakże – na ryż z warzywami i mięsem w sosie ostrym. Ryż wstawiony, cycek smaży się w kawałeczkach na cebulce i czosnku, warzywka pokrojone w idealne paseczki, została jeszcze papryka. Tylko mała jakaś, chuda… ale grunt, że czerwona! Doprawiamy! Akurat nie-mąż wrócił z pracy, więc bez spróbowania nakładam – najpierw ryż, wyrzeźbione piękne kółeczko w środku, do niego mięcho z sosem. Cudo, jakiego nie powstydziłaby się Magda Gessler. No, nałożone, podane można jeść. Połówka po połknięciu pierwszej łyżki zdołał wykrztusić – “O rany!”, potem pognał do kuchni i duszkiem wychylił calutką butelkę wody. Dlaczego? Bo Magdzie z przejęcia popieprzyły się papryki – dodała chilli zamiast zwykłej… 😀 😀 😀

  9. hahaha 🙂 U nas jest podobnie… czasem coś tak przyprawię, że nie zjem za dużo, bo nie mam już czym popijać, a mąż wcina aż mu się uszy trzęsą… Zdarza się też tak, że je ale popija wszystkim co tylko w ręce mu wpadnie! 🙂 Na szczęście nie są to częste przypadki i zazwyczaj z przyprawami trafię w samo sedno 🙂

    P.S. Uwielbiam Twój sposób pisania! :*

    • No to widzisz u nas raczej pierwszy sposób: Igrek je aż mu się uszy trzęsą bez popijania. Najgorsze jest to, że NIGDY z jego ust nie padło hasło “za ostre” – on nie ma takiego słowa w swoim słowniku

  10. osz Ty kusicielko 😀 zrobiłaś to specjalnie 😀 uwielbiam to wybaczam ;* się naucz na przyszłość,że trza się skupić przy pieprzeniu 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *