Matka Torpeda
Matka Torpeda

Miłość, a sztuka smażenia frytek.

Zaczęło się od robienia „na szybko”. Bo czas mnie gonił, bo Igrek musiał niedługo wychodzić, bo żołądki nienajedzone. Czyli zaczęło się jak zawsze. Jak każdego, normalnego, pospolitego, przeciętnego dnia.

Piekarnik to mnie dzisiaj tak wkurwił, że nic mnie ostatnio tak nie wkurwiło. Czyściłam go jakimś specyfikiem. Po wyczyszczeniu popsikałam znów i miałam zetrzeć płyn po 24 godzinach. Problem polega na tym, że mam dobrą pamięć tylko strasznie krótką.

Nagrzałam więc piekarnik na frytki. Kotlety ubite, frytki przyszykowane do smażenia. DING – piekarnik nagrzany, otwieram, a tam pozasychane białe plamy specyfiku. Kurwa, rzekłam i zamknęłam piekarnik, wymyślając alternatywę dla nieszczęsnych frytek.

Obmyśliłam plan doskonały, zaopatrzona w dwie patelnie – no bo frytki i no bo kotlety – przystąpiłam do działania. Nieszczęsne ziemniaki robiły się chyba dwadzieścia minut, a i tak były surowe w środku, świetnie kurwa – rzekłam więc, przewracając kotleta do pozycji bocznej ustalonej.

Postanowiłam wyrzucić zdechłe tulipany, które nie były warte tych ośmiu złotych, a co najwyżej dwóch bo zdechły szybciej niż pająki w moim domu. Pusty wazon postawiłam na stole. Na rogu, a jakże. Oczywiście pośpiech bo muszę mieszać te nieszczęsne w pół surowe frytki, pośpiech bo Młody wyje jak do księżyca, pośpiech bo ten obiad musi być na już, czas goni.

Zasięgam łapą do lodówki po surówkę. Oczywiście mój łokieć żyje swoim życiem, toteż z całym impetem przypierdoliłam w wazon, który stał na rogu. Z wazonu zostało NIC w postaci tony szkła na podłodze. Hjuston, odkurzacz.

Na moje nieszczęście, przypomniałam sobie o kotletach, które, że tak powiem stały się mocno wysmażone. No do chuja Wacława, rzekłam, a potem zaczęłam smarkać nad obiadem.

Bez sensu.

Bez sensu to wszystko. Ja tego nie rozumiem. Ja w ogóle NIC nie rozumiem. Smarkam od trzech dni, gardło mnie tak boli, że z chęcią połknęłabym gaśnicę, wszystko mnie drażni i w ogóle zjadłabym śledzia. Śledzi oczywiście nie ma bo zeżarłam wszystkie trzy dni temu. Co to za życie bez śledzi w lodówce? – rzekłam w stronę Igreka

Ostrożnie podchodzi w moją stronę, zerkając na moją twarz.

– Mam iść po śledzie? – pyta równie ostrożnie
– Obiad zepsułam cały, bez sensu miał być taki dobry i w dodatku śledzi nie ma.

A co do tego ma miłość?

Po moim akcie płaczu i tragizmu w kuchni, po wylanych łzach, siedmiu stęknięciach i czterech westchnięciach, Igrek wziął talerz. Nałożył sobie te w pół surowe frytki i spalonego kotleta, dołożył surówki i zjadł. Wrzucając talerz do zmywarki, rzucił, że było pyszne i wyszedł do pracy.
Po chwili dostaję Sms: „Zawsze przypalasz jedzenie jak jest 28 dzień miesiąca, nie płacz już nad tym obiadem”

I wtedy się znów popłakałam, bo ja bym chyba z miłości surowych frytek nie zeżarła.

Udostępnij ten wpis...Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

17 Responses

  1. Tak czytam, czytam…. i na głos rozmawiam ze sobą, że jak to dobrze, że ja aż tak nie mam….
    Na co moja Męża tak stoi, stoi i się na mnie paczy i mówi….” no tak nie,bo ty frytek nie robisz, ale bez kija to do ciebie nie podchodź,jak ci się okres zbliża a już na pewno jak jeszcze w pracy cię dobrze wk…ą……. na pewno lepiej cię omijać”
    I znowu ja się na niego paczę, paczę z głupią miną i pytam, czego mi tego wcześniej nie powiedział? (w końcu średnio co 20 dni znosić tornado to ciut może być ciężko), a on mi na to „a co to by zmieniło?, jadę po zakupy, mów co kupić”
    … konkluzja – i Twój i mój znaczy normalni, i nie trzeba im jednego dnia w roku – znaczy walentynek – by okazywać miłość i okazywać szacunek względem Kobiety 🙂
    I niech tak zostanie 🙂

    • Co prawda to prawda. Narzekam czasem, że nie romantyczny, że mógłby mnie miłością na kolana powalić, ale to tylko moje pierdolamento.
      Dlatego właśnie u nas walentynki to zwykły dzień ;))

      Swoją drogą, gdybym była facetem to nie wiem czy bym okres mojej kobity wytrzymała 😛

  2. Ach te romantyczne początki…. Zrobiłam czerwony barszcz. Eks je , chrupie, chrupie, nagle pyta „co ten barszcz taki chrupiący??”, „nie smakuje Ci??? to nie jedz!!-ja ze łzami w oczach”. Zjadł z uwielbieniem w oczach jeden dzień i drugi..Cały garnek tego barszczu zeżarł 🙂 Dopiero jak zapytałam mamę o co kaman, to mi wytłumaczyła, że buraki gotujemy osobno i dopiero pod koniec ugotowane dodajemy starte na tarce do zupy 🙂 No ale ja się szkołą zajmowałam a nie nauką gotowania. Także ten, żadne zapewnienia nie liczą się bardziej do wyznania miłości niż skonsumowanie wpół surowych frytek i spalonego kotleta:) Reasumując kocha Cię nadal miłością pierwszą, mocną, prawdziwą 🙂

  3. Sorki Iksina, ale się uśmiałam aż mąż powiedział żebym uważała bo zaraz się posikam 😉 A Igrek ewidentnie kocha jak surowe i przypieczone wcina 🙂

  4. Miłość jak nic 🙂 A na ból gardła polecam Orofar Max 🙂 jest z lidokainą, więc znieczula i da się coś przełknąć bez większego bólu 🙂 Z doświadczenia mówię, bo mnie niestety gardło dość często boli

  5. Ja bym surowych chyba też nie zjadła.
    Choć ostatnio zjadłam racuchy surowe w środku- ale sama je spieprzyłam,bo się na koniec już spieszyłam bo kuźwa skoki były.No i jakoś mi głupio było toto zostawić.

    Ale faceci to tak mają-jak mi kiedyś mięso nie wyszło-powinno być suche na wiór a jakoś takie bleeeee wyszło,jakby nie dopieczone w środku,gumowate to męża i tak zjadł.
    I sernik co się nie upiekł tylko taki błotowaty był……I pierogi co mi się rozpizgały……
    Ty,i nie narzekał jak na obiad dostał chiniola wrzątkiem zalewanego……

    Żeby nie było,ja jego kanapki też jem,i galaretki,i kotleta -tylko że ani chleb nie był surowy ani galaretka płynna 😀
    Ani chybi miłość pani kochana,M I Ł O Ś Ć.

    A Ty boroku co? Ciężkie dni plus grypa ? 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *