Matka Torpeda
Matka Torpeda

Mafia z placu zabaw.

Nigdy nie darzyłam sympatią placów zabaw. Dla mnie to skupisko kobiet, które tworzą jedną sektę. Wiecie: one się tam wszystkie znają, a Ty świeżaczek wbijasz pewnego ciepłego poranka i jesteś na ostrzale. Do struktury mafijnej chce przeniknąć nowy żołnierz. Tam gdzie kończą się reguły – zaczyna się plac zabaw.

To nie jest tak, że place zabaw omijam z daleka. Nie, nie. Po prostu nie rozumiem tych, które siadają tam, pilnują dzieci i narzekają, że życie takie okropne. One mają tak przesrane, że nawet gołębie tyle nie srają. Bo ona musi te kotlety wiecznie smażyć, a macierzyństwo takie ciężkie, a plac zabaw tak daleko, a ostatnio musiała iść po bułkę tartą bo jej się skończyła, a przecież mielić nie będzie. W ogóle daj spokój kiedyś to sobie człowiek hasał, a teraz?

Żeby nie było: też sobie lubię czasami rzucić narzekaniem, że już mam dość i jadę w Bieszczady, ale nie należę do osób, które robią z siebie cierpiętnicę, matkę polkę i kurę domową, której życie polega tylko na zmienianiu pampersów i smażeniu kotletów. Skoro cały dzień smażę kotlety i jest mi tak źle i tak szaro to po to wychodzę z domu żeby się odciąć, a nie wspominać wkładanie mięsa na olej.

Babcia squad.

Na placu zabaw, który odwiedzam, dominują babcie.
Ławki pozapełniane, a w powietrzu unosi się Pani Walewska. Żeby nie było: nic do babć nie mam, są najzajebistsze na świecie i szapo ba za wszystko, dla wszystkich babć.
Ale.. placowe babcie zabaw są jak dresiarze: zawsze znajdą coś do czego można się przyczepić.

+28, mój syn biegnie w stronę huśtawek. Krótkie spodenki, koszulka na krótki, sandały plus czapka z daszkiem oraz obowiązkowy wafel ryżowy w ręce. Nie ogląda się za matką bo dobrze wie, że pobiegnę na oślep.
Wbijamy więc w krainę piachu, huśtawek i karuzel. Spojrzenia „babć dresiarzy” wędrują w naszą stronę. Czuję, że się pocę choć dokładnie nie wiem czy przez temperaturę czy pod ciężarem spojrzeń.

Rzucam „dzień dobry” i wkładam syna w huśtawkę. Jedziemy z koksem, zrzucamy czapkę z daszkiem, wafel ląduje w piasku, a dzieć piszczy w niebo głosy. Obok lokuje się babcia z wnuczką, która strasznie chce żeby babcia bujała ją mocniej:

– Madziu nie można tak wysoko, wypadniesz – zwaraca się w stronę dziecka
– Przepraszam, ale może niech go Pani tak mocno nie huśta? Przecież to jest niebezpieczne, że Pani się tak nie boi – zwraca się w moją stronę.

Milczę. Macierzyństwo nauczyło mnie jednego: nie odpowiadaj i nie reaguj na zaczepki. Wolę udawać, że nie słyszę niż wchodzić w dyskusję z kimś, kto i tak nie da sobie nic powiedzieć. Nie lubię się produkować i za wszelką cenę przekonywać, że wiem co robię. Odkąd zostałam matką przyjęłam zasadę słupa: Gadaj do słupa, a słup stoi jak dupa.

Babcia wnuczkę pozbierała i poszła usiąść z pozostałymi Grażynkami, które kiwały przecząco głowami, dyskretnie spoglądając w moją stronę.

Kiedy kręciliśmy się na karuzeli, podeszła Grażynka namber tu, która dyskretnie spoglądała na moje tatuaże. Tu niby „Halinko, babcia pokręci” ale puko oko na moje nogi. Jako, że częstowałam syna swego paluszkiem marki paluszek Junior, zapytałam Grażyny czy może jej wnuczka by też chętnie skonsumowała.

Grażyna lekko w szoku, przytakuje i obdarza mnie uśmiechem. I się zaczyna: a ile synek ma? a taki śmieszek no naprawdę, a Pani tu mieszka? A ile ważył jak się urodził, a kiedy rodzeństwo? a jaki ma Pani numer pesel i rozmiar stopy? A nie za zimno mu tak z gołą główką? A do kościoła Panienka chodzi? A na tacę daje? A ile? A w kopercie czy luzem?

Nie cierpię wywiadów środowiskowych. Mnie na ten przykład nie interesuje historia porodu wnuczki Grażynki ani też, który ksiądz za bardzo funfluje się ze swoją sekretarką. Po pięciu minutach żałowałam, że wyciągnęłam te cholerne paluszki i wdałam się w dyskusję. Już wolę rozmawiać o pogodzie i warunkach atmosferycznych dla małych koślawo-nogich pingwinków na Antarktydzie niż opisywać swoją biografię przypadkowej Grażynie, którą prawdopodobnie widzę pierwszy i ostatni raz w życiu.

– Taka Pani miła, sympatyczna aż nie pasują te tatuaże, no naprawdę. Po co Pani to? – pyta Grażynka

– Dopiero z Zakładu wyszłam. Przepustkę mi dali, tobołek w domu zostawiłam i szybko dziecko na plac zabaw wzięłam bo potem muszę wrócić tatuaże dokończyć.

Skumała ironię.

Udostępnij ten wpis...Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

20 Responses

  1. Gdy dziewczyny były małe, to też doświadczałam mafijnych spojrzeń i komentarzy. Ale wtedy byłam 20 lat młodsza:) Dzisiaj, na placu zabaw doświadczam spojrzeń pełnych współczucia. Tamaluga leci na żywioł, na huśtawkę leci, na piaskownicę leci, na oślep leci. Po drodze pada, wstaje, walnie się o coś, zderzy z płotem. A ja za nią, zapierdalam, z zadyszką palacza, dzierżąc wiaderka, grabki i butlę z „piciu”. Wczoraj wychodząc usłyszałam: „Pani przy tej małej to ma w ogóle czas usiąść, napić się kawy?” „No, właśnie nie, pani kochana. Ona wypija wszystkie moje kawy dlatego tak to wygląda…” Mina baby – bezcenna. Aż chciało się tak stać i delektować, ale chciało się również siku, więc wsadziłam Tamalugę do wózka i w długą.

  2. Strach się bać! Wyjdzie taka babuszka z wnuczęciem, porozmawiać chce jak z człowiekiem, bo nic co ludzkie, a tu taka patologia z tatuażami pyskuje, zgroza panie dzieju, a wręcz co to za czasy… Śmiechy śmiechami, ale jak pomyślę, że Szatanna kiedyś podrośnie i będzie chciała na huśtawkę – to pot zimny mnie oblewa mimo +28… [tak, patrzę na termometr, w blokowiskach szybko pojawia się upał ]… może w końcu tatuaż machnę, to będę je wyglądem straszyć… choć chyba mam gdzieś hennę, machnę wzorek i będzie gut 😉
    ps – wszystkiego naj, spełnienia marzeń i tego… kilku godzin spokojnego snu i kąpieli z pudrem pachnącym a bez dziecia pod drzwiami zanudzającego…

  3. Nie lubię placów zabaw.
    Znaczy nie,nie tak.Lubię ale znajome.Jak Młody był mały to z koleżankami odwiedzałyśmy nasz,osiedlowy. Ogrodzony ładną drewnianą palisadką. Oczywiście w godzinach nie urzędowania wiedźm.
    Teraz w pobliżu nie mamy placu zabaw tylko wychodek dla psów.
    Niedawana sytuacja-babcia z różowo-fioletowawą czupryną postawioną lotonem nr2,dzieć ok 2 lata i smycz na końcu której majtał się szczur zwany potocznie yorkiem.
    Babcia wnusię posadziła na ławeczce a psa wpuściła między huśtawki,żeby zrobił co musiał.
    Sytuację widziałam zza ogrodzenia idąc do sklepu.
    Nie lubię tych miejsc,gdzie wszyscy mają „po drodze”.Huśtawka pusta,kierujesz się do niej z dzieciem a tu nagle nie wiadomo skąd pędzi coś co się okazuje dzieciami 10+ z babciami i robią kolejkę jak za komuny za szynką.I Ty obcy już zapomnij że twoje dziecię doświadczy lotów.
    A najbardziej lubię jak idziemy gdzieś obok „placu zabaw” gdzie same linki,mostki wiszące ( jak ma się pobawić tam małe dziecko,które przeleci miedzy „oczkami” sieci?) i pełno petów,puszek po piwie lub szkła po setkach i „ćwiartkach”?

  4. A ja nie prowadzam swoich dzieciaków na publiczny plac zabaw, odkąd dwa lata temu trafili do szpitala, i się okazało, ze złapali bakterie, bo w piaskownicy były kocie zwierzęce odchody. Nie wypowiem się co sadze o ludziach mieszkających na blokowisku wyprowadzających tak swoich pupili, bo nie mogłabym użyć ani jednego pozytywnego słowa. W zeszłym roku w „ramach bezpieczeństwa dzieci” ogrodzono plac zabaw drucianym ogrodzeniem, jak na budowach…. Pomijając, ze wygląda to jak typowy wybieg małp w zoo, to przecież zamknięcia typowego nie ma, a i piaskownica tez jest nie zabezpieczona – noł koment….
    Mafia… to raczej specyficzny zbiór osób, do których chcąc należeć powinnaś znać 3/4 osób ze swojego bloku, i do tego 7/8 z tych dookoła. Do tego najlepiej po nazwisku, do czwartego pokolenia wstecz, wszelkie koligacje rodzinne i te na lewo, bo zabłysnąć wiedzą kto/z kim/kiedy/ gdzie i jak pierwszemu to dopiero poważanie. A ja NAPRAWDĘ mam daleko w poważaniu kto robi z kim i gdzie na lewo czy prawo, albo gdzie był na zakupach i ile wydał. Ja swojego mam aż nadto, a poza tym… dla mnie liczę się ja i moi panowie i tylko to co ich tyczy. Reszta mi lotto, i reszcie też lotto co do mnie – uważam, i tego będę bronić.

    A z okazji Święta Mamowego, jak mówi moje dzieck, życzę Ci Mamo i każdej innej Mamie i nie-Mamie też wspaniałych chwil ze swoimi pociechami, by zawsze były uradowane waszą Wspaniałością i pomysłami, by zawsze dziecie jadły bez grymaszenia Wasze wspaniałe przygotowane obiadki, by średnio co drugi dzień ich ulubionym wyjściem było TYLKO wyjście na spacer z ich tatusiem ukochanym, by sprzątały po sobie bez pyskowania i chodziły spać same o 20. Tyle i choć aż tyle niech się spełni 🙂

    • Ja odwiedzam czasami, ale zazwyczaj siedzę na ogródku. Co do tego, że powinnam wszystkich znać to trafiłaś w sedno! Wkupujesz się w strukturę mafijną placu zabaw kiedy zaczynasz strzelać nowymi njusami i ploteczkami z warzywniaka. Więc niestety ja podziękowałam…

      Dziecko spać o 20 😍

      „…chodziły spać same o 20” 😍

  5. Ja miałam taką sytuację z moim najstarszym jak był mały po powrocie do Poznania. Mały chłopczyk wiadomo poznaje świat każdymi zmysłami wsadzilam go do piaskownicy a młody piach do paszczy. Babcia obok ze jak ze srak jak tak można a ze miałam zły dzień to moja odpowiedź brzmiała : zjadł to wysra przelyk nie jest jałowy za komuny bawili się w gnoju i żyją. Mina babci która miała jedzenie dla wnuczki chermetycznie zamknięte bezcenna.

  6. No i zaorane! W iście mistrzowskim stylu. Babcia się zastanowi na drugi raz zanim kolejny raz wyrazi swoje zbędne i cholernie stereotypowe opinie o ludziach z tatuażami
    #tattoomum, łączmy się✊✊✊

  7. Ty się ogólnie wyłamujesz z placowych standardów. Powinnaś mieć krzyżyk na szyi, spódniczkę za kolano, a tatuaże powinnaś schować pod długim rękawem olewając afrykańskie upały 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *