Matka Torpeda
Matka Torpeda

W rodzicielstwie najtrudniejsze jest pierwsze 40 lat.

Macierzyństwo jest dla mnie jednym wielkim rollercoasterem, który co jakiś czas postanowi poluzować jakąś śrubkę i udowodnić mi, że to jest najlepszy rollercoaster życia.

Bywają dni, kiedy jestem mega super zajebistą matką, która pół dnia bawi się z dzieckiem, a drugie pół śpiewa piosenki, jednocześnie udając konia. Bywają też dni, kiedy mój poziom rodzicielstwa spada gdzieś na poziom -1, a wieczorne wyrzuty sumienia nie dają spać.

I ja wiem, że 8/10 Grażynek podniesie lament: “Jedno dziecko?! Piątkę wychowałam i żyję!”, “Jedno dziecko? Proszę Cię, przy dwójce to dopiero jazda” – w dupie proszę Państwa!
Ilość dzieci nie wyznacza poziomu zajebistości, jak się niektórym wydaje. Sami decydujemy o ilości potomków, którzy rozrzucają nam po mieszkaniu banana, później go depczą i rozjeżdżają się na nim wszyscy członkowie rodziny łącznie z psem.
Nie uważam, że ilość dzieci wpływa na to, kto ma gorzej, a kto lepiej. To nie wyścig o pierwsze miejsce w konkursie pt: “Kto ma najbardziej przejebane w macierzyństwie”.


Najbardziej nie lubię dni, kiedy wszystko mi się kumuluje nie wiadomo skąd. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że w nocy śpię i mi się zbiera, ale… pewności nie mam. Obiad wyjątkowo czasochłonny w te dni, pranie się piętrzy nie miłosiernie, co chwilę ktoś puka do drzwi, a ja staram się odłożyć spać śpiące dziecko, które nie chce spać. Zapominam wyłączyć żelazka, na szesnastą mam kosmetyczkę i już wiem, że się nie wyrobię, ciągle ktoś dzwoni i czegoś chce, dziecko chodzi i jęczy, pies chodzi i jęczy, ja chodzę jak bomba zegarowa. Po prostu coś nie idzie tak jak powinno i rozwala mój wewnętrzny system, który nie jest w stanie ogarnąć własnych emocji.

I ja wtedy muszę sobie ulżyć, że jest strasznie chujowo i źle więc dzwonię do Igreka wylewając swoje żale. Siedzę, zamknięta w łazience, wpatrując się w bęben pralki, który ledwo się domyka i jęczę. Że jest mi źle, że Młody nie daje mi dziś odetchnąć, że doba jest za krótka, a ja bym chciała choć włosy umyć w świętym spokoju o kupie w samotności nie wspominając.

To są dni, kiedy moje dziecko jest Bogu ducha winne, że matka ma zły dzień, a ja uważam, że mam rację. Że teraz nie jest dobry moment na udawanie żaby, na taniec w rytmie “Żyrafy Zuzanny” i że najchętniej położyłabym się na łóżku i udawała, że nie mam pulsu.
Dopiero wieczorem, kiedy odkładam małego człowieka w piżamie do łóżeczka i widzę jak opadają mu powieki, a małe ręce wędrują nad główkę, przychodzą wyrzuty sumienia.

www.matkatorpeda.pl

On śpi, oddycha miarowo, przytulony do swojego misia, a ja stoję jak kretynka, wpatrując się w jego rzęsy. Dziś byłam chujowa. Dziś Cię dziecko zawiodłam jako Matka, przepraszam – szepczę, głaskając blond włosy.

I choć kiedyś nie potrafiłam sobie tego uzmysłowić, dziś wiem, że tak po prostu jest. Raz lepiej, raz gorzej. Raz zajebiście, raz do czterech liter. Właśnie tak wygląda macierzyństwo i nie ma znaczenia ile masz dzieci w momencie, kiedy robisz bilans dnia.


Jestem matką od prawie dwóch lat, przeszłam morze wymiocin, gorączek i wizyt u lekarzy bo znów gluty po pas. Nie przespałam wiele nocy żeby być w razie gdyby zakwilił. Przechodzę bunt dwulatka, liczę w duchu do dziesięciu kiedy moje dziecko leżąc na podłodze płacze histerycznie bo nie pozwalam bawić mu się nożyczkami. Czasami, kiedy robię bilans tego czasu myślę sobie, że mimo wszystko jesteśmy z Igrekiem zajebiści jako rodzice. Dziecko szczęśliwe, zawsze uśmiechnięte – miszyn prawie komplid. Oczywiście, że pamiętam również o naszych porażkach, złych dniach i płaczu naszego dziecka, ale kiedy robię ten bilans, widzę więcej dobrych chwil. Zdjęć na których nasze dziecko zawsze ma uśmiech, filmików na których nasz syn tańczy, śmieje się albo piszczy z radości.

www.matkatorpeda.pl

Przychodzi refleksja, że jednak chyba całkiem sporo wiem o tym macierzyństwie. Że choć staż krótki to jednak nie jest całkiem źle. I wtedy mój syn uświadamia mi, że gówno wiem:

Mój syn ma misia. Ogólnie ma ich miliony, ale jest tylko jeden jedyny ukochany miś z którym śpi, je i który zawsze musi być obok. Nie musi trzymać go w rękach, ale musi go mieć w zasięgu swojego wzroku bo inaczej uruchamia się alarm z okrzykiem: “ISIO! ISIO! MAMA!!!!!!! DZIE ISIO?!” co stawia nas na nogi szybciej niż poranna kawa.

Miś został zakupiony jeszcze przed narodzinami syna. Wydawał mi się słodki, kochany i taki kojarzący się z niemowlakiem. Wiadomo, hormony robiły swoje – wzruszało mnie nawet prasowanie dziecięcych skarpet więc… przemilczmy to.
W późniejszym okresie Młody z tym misiem dorastał. Do niego się przytulał kiedy miał gorączkę, kiedy jadł pierwszy posiłek – misio jadł razem z nim.
Stał się jego najlepszym kumplem, kóry mimo upływającego czasu był ciągle obok jak mama i tata. Niby ckliwa historyjka jakich miliony, ale wszystko fajnie pięknie do pewnego momentu.

Wyjeżdżamy gdzieś – misio musi jechać z nami. Młody idzie do dziadków spać? Jak nie ma misia, nie ma spania i nie ma nawet mowy o tym, żeby dziecko uspokoić. Miś wygląda jakbyśmy go znaleźli na śmietniku, brudny jak nasza podłoga po całym dniu. Wymiętolony w każdą stronę świata – bardziej nie wygląda niż wygląda.

Więc JA – yntelygent, postanowiłam tego misia wziąć i wyprać. Tak po cichu, szybciutko raz raz, żeby syn jakimś cudem nie zauważył i nie uruchomił alarmu, który będą słyszeć nawet sąsiedzi na czwartym piętrze w bloku trzy ulice dalej.

I to są właśnie momenty, kiedy uświadamiam sobie, że ja gówno wiem o tym całym macierzyństwie. Żeby być sprytną wrzuciłam misia do pralki na odświeżanie – dwadzieścia minut prania to jest pikuś więc szybko dziecko czymś zajmę, coś tam pod nos podsunę – nie zorientuje się. I wiecie, wszystko byłoby super, a misja zakończyłaby się czystym suchym misiem gdyby nie jeden fakt…

… a mianowicie uchylone drzwi do łazienki. Myślałam, że strzelę sobie w łeb kiedy zobaczyłam mojego syna, stojącego przed wirującym automatem w kompletnym szoku. Oczy jak pięć złotych, buzia na popielniczkę i ten wyciągnięty wskazujący palec w kierunku bębna. Opłacenie terapii szokowej dla dwulatka – mam jak w banku.

“No toś se teraz przejebała” mówię do siebie w myślach, próbując szybko znaleźć wymówkę. Myślisz, że o macierzyństwie wiesz wszystko? Spróbuj wytłumaczyć dwulatkowi, że nie można teraz wyciągnąć misia z automatu bo waży ponad trzydzieścikilogramów, biorąc pod uwagę ile w nim wody. Spróbuj ujarzmić dwuletniego człowieka, który dostaje ataku płaczu bo drzwiczki z automatu się nie otwierają.
Kombinuj pośpiesznie jak przyspieszyć pranie. Kombinuj jak tego misia wysuszyć. A kiedy opadasz z sił, siadając na łazienkowych kafelkach, głowę chowasz w dłonie, a na Twoim karku wisi zapłakane dziecko, krzyczące ile sił w płucach: “Mamooo nie! ISIO!! Mamoooooooooo” czekasz już tylko na opiekę społeczną, koniec świata albo kulę w łeb. Ale to by było za proste. Bierzesz wdech, spoglądasz na cyfrowy zegar – dwie minuty prania. Dasz radę, jeszcze dwie minuty, dasz radę, mówię! – mówię oczywiście sama do siebie.

I kiedy już już czujesz ciszę, już sytuacja się klaruje. Już powoli witasz się z czystym misiem – okazuje się, że woda nie do końca się odwirowała i czeka Cię kolejne dwadzieścia minut prania, a co za tym idzie – dwadzieścia minut krzyku, spazmów i lamentów. I wtedy do mnie doszła najczystsza prawda bycia rodzicem:

www.matkatorpeda.pl


Spodobał się wpis? Czekam więc na Twoją reakcję. Możesz go skomentować, polubić lub udostępnić o tutaj 👉 Matka Torpeda

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

14 Responses

  1. Dokładnie to samo przerabiam jeśli chodzi o poszewke na pościel. Masakra i tragedia. Raz o mały włos moja pralka nie została pozbawiona życia jak córka zobaczyła poszewke wirujaca w kółko 😂 myslalam ze drzwiczki wyrwie. Potem poszewka się podarla. To już dopiero był hard Core . Jazda o 20 po wszystkich matkietach za pościelą na mala kolderke która jej się spodoba i łaskawie da wyrzucić Stara podarla (w drobny mak-poszła po całości przy szwach) i zasnie z nową. W końcu po cyrkach w Ikea, wlazeniu do wszystkich możliwych łóżeczek, naciagnieciu mnie w pepco na klocki za 80 zl, stłuczenie słoika majonezu w carefue, udało się. Mamy pościel. Super radochq zakładamy nową pościel. Godzina prawie 23. Mała szczęśliwa. Myślę
    -jest dobrze misja wykonana.
    I nagle się zaczyna….
    Ryk, krzyk. Płacz.
    I nawet myśli wtedy przychdza – czy wywieźli już śmieci z kontenera w którym jest ta pierdzielona pościel w brązowe misie??

  2. Dlatego my na szczęście mamy dwa króliczki co ułatwiło nam życie na przykład że żłobkiem czy właśnie praniem go na zmianę 🙂 Pozdrawiam 🙂

  3. U nas nie ma takiej zabawki, ale Młodzian tak bardzo lubi bluzy wszelkiego rodzaju, że czasami rozbieranie go kończy się płaczem… Więc chodzi po domu w dwóch bluzach😂😂😂

  4. Moja córa ma prawie 6 lat i co najmniej od 5 ma ukochanego kotka(możesz sobie wyobrazić jak teraz wygląda).Kotek towarzyszy jej wszędzie.Nawet do przedszkola jest zabierany w plecaczku i czeka w szatni na powrót do domu. Teraz już idzie wytłumaczyć ,że kotek musi być wyprany,ale pamiętam gdy młoda miała może 3 lata i z mężem postanowiliśmy wyprać kota gdy młoda zasneła. Plan idealny tylko gdy pranie miało się ku końcowi młoda się przebudziła i zaczęła kotka szukać. Suszarka do włosów nigdy nie chodziła na takich obrotach jak wtedy😂

  5. O jak ja sie ciesze ze ma corka nie ma takich misiow, pieluch czy innych rzeczy do spania. Ufff! Narazie smoczek jej wystarcza 😉 A i tu moge zaraz oberwac bo jak 17-sto miesieczne dziecko jeszcze ma smoka? A no ma i nech sie cieszy poki moze 😉

  6. Każda z nas ma gorsze dni,tylko nie każda się przyzna.Tak jakby to był jakiś wstyd,że mam doła i wszystko mi wisi kalafiorem koło nerek.
    U nas misia ( takiego już plaskatego i wyleniałego) ma syn.Miś też kupiony kiedy Młody ani myślał się wyprowadzać ze mnie.Do dziś ma swoje miejsce w łóżku,na poduszce i obowiązkowo pod kołderką.Ale on się prać chadza “sam”-po prostu co jakiś czas go znajduję w koszu z brudami.
    Młoda ma Łosia.Znaczy łoś był mój,kupiony w innym życiu ale pokochała jak własnego i przepadło.Łoś chodzi na spacer,na zakupy,w odwiedziny,śpi,je i ogólnie JEST.
    Ale jak Młodej się pokaże że Łosia buty nie są już białe to daje do prania a potem układa na kaloryfer żeby “było mu ciepło”.
    Teraz mamy etap,że czasem Łoś ma zastępstwo- świetnie się sprawdziły lidlaki.Bo misia też ma.Jednego kupionego w czasie ciąży,drugiego sama wybrała na drugie urodziny ale jakoś miejsca w łóżku nie dostały 😀
    Kochana–jesteście super rodzicami,NORMALNYMI a to chyba najważniejsze 😀

  7. Ja miałam tego farta że namówiłam mojego dziedzica na upranie misia tzn Papucha 🙂 i sam włożył go do pralki . Tylko od razu po praniu musiał go mieć, już się nie dał na wyszuszenie namówić. Torpeda jesteś wspaniała matka, pamiętaj o tym 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *