Matka Torpeda
Matka Torpeda

Przychodzi matka do lekarza…

Nie wiem czy istnieje takie słowo, ale nawet jeśli nie, to ja sobie właśnie go stworzyłam na potrzeby własne. Otóż, mam nieudokumentowany lęk przed pediatrami i rejestracjami, co w skrócie nazwałam pediatrorejestratofobia. To jest schorzenie, które potrafi zniszczyć psychikę na godzinę, pozostawiając gorzki smak w ustach do wieczora, a jeśli jeszcze musisz się wybrać za kilka dni na kontrolę, to zaleca się Relanium trzy dni wcześniej, najlepiej całe opakowanie, ale mimo, że nie stosowałam to wiem, że to i tak nie pomoże.

Pediatrorejestratofobia.

Czyli skomplikowane słowo, brzmiące równie dziwnie co adenozynotrifosforan, który śni mi się po nocach przez fakultet z biologii. Bo ten oto fakultet, miałam o szóstej rano w poniedziałki (!!!!).
Lęk przed pediatrami dziecięcymi, zaczął się kiedy Odyniec miał siedem miesięcy, a jego ciało pokazywało nam 40 stopni na termometrze. Sam syn nie był w stanie nawet ruszyć palcem, a jego ciało lało się nam przez ręce.

Jestem młodą matką, ale mentalnie chyba jednak starszej daty bo zamiast najnormalniej w świecie wpisać na Facebooku czy jakimś forum: “Dziecko leje się przez ręce, ma 40 stopni gorączki, nie pomagają leki, co robić?! Miała któraś z Was taki problem?! Lajkujcie i udostępniajcie!” to ja tchnięta strachem, zadzwoniłam do szpitala.

Miły dyspozytor, kazał natychmiast spakować dziecko i wiać z nim do szpitala. Więc Młodego pod pachę, teściową do tyłu i jazda na IP. Droga, która trwała chwilę była koszmarem, strachem i lejącymi się łzami. Każda matka wie o czym mówię bo strach o własne dziecko jest czymś, czego słowami opisać się nie da.

Na IP przyjęła nas ‘pediatra’, której ewidentnie zakłóciliśmy spokój więc na moje “Można?” odpowiedziała: “Skoro Pani musi”. I tłumaczę spokojnie choć ręce się trzęsą, że kazano nam przyjechać, że zbijamy temperaturę cały dzień, ale obniża się jedynie o dwa stopnie. Że dziecko w pewnym momencie dostało coś na kształt drgawek. Ta historia gdzieś wciąż tkwi na moim fanpejdżu, a rozmowę zapamiętam do końca życia:

– I co mu niby jest? Podała Pani leki? – warczy w moją stronę
– Tak, podaję na zmianę nurofen i paracetamol, ale gorączka słabo spada, praktycznie wcale. Robiłam chłodne okłady, ale pomagają na chwilę – dodaję, próbując się uspokoić
– Leki przeciwgorączkowe nie działają całe życie tylko sześć godzin droga Pani. W ogóle nie powinnam Państwa przyjąć bo stan dziecka nie jest zagrażający życiu

I choć ja bardzo chciałam, naprawdę chciałam być kulturalna, to mimo wszystko zapytałam dość agresywnie czy robi mi łaskę w tym momencie – bo z tego, co powiedziała mi dyspozytornia to miałam się zgłosić z dzieckiem do szpitala. Nocna jazda z lejącym się w rękach dzieckiem, nie należy do mojego hobby, a i widok 40 stopni gorączki nie sprawia, że serce mi skacze do góry, a i okrzyków “huuuraaaa! jedziemy do szpitala!!!” też nie wydajemy. Na co miła Pani doktor powiedziała, że ludzie w dyspozytorni są NIKIM, niskim szczeblem personelu i to jest zawracanie jej cennego czasu (bo akurat za pół godziny wychodziła do domu) przez gorączkę. Nie istotny był czas trwania gorączki, braku możliwości jej obniżenia czy faktu, że dziecko ledwo kontaktuje. Istotne było natomiast, że ona jako NAJWYŻSZY personel, za pół godziny wychodzi do domu.

Oczywiście poprosiłam więc o podpisanie dokumentu, że odmawia zbadania dziecka. Jak się szybko okazało, dziecko jednak zbada.

Być może ta historia skończyłaby się dobrze, być może uratowałaby mnie przed pediatrorejestracjofobią, ale po dłużej rozmowie, pediatra lekko przekroczyła granicę ludzkiej przyzwoitości, krzycząc na nas jak na pięciolatków, którzy wylądowali na dywaniku u pedagoga szkolnego.

Nie wyszłam sroce spod ogona, szanuję siebie i swoją rodzinę więc ostatnią osobą, która może na mnie krzyknąć jest pediatra, która zamiast wykonywać swoją pracę – wszystkim robi łaskę. Historia nie skończyła się zbyt miło. Ostatecznie wyszłam z gabinetu, na odchodnym rzucając, że złożę na nią skargę. Jak się okazało później, nie ja jedna. Dzięki tej Pani, rodzice wypisywali z tego szpitala swoje dzieci, właśnie przez podejście do pacjentów i krzyczenie na Bogu ducha winne dzieciaki.
Ale owa Pani to najlepsza koleżanka ordynatora w tym szpitalu i jej “stołek” w ogóle nie jest zagrożony, a skargi może sobie odkładać do segregatora pod tytułem “Gówno mnie to obchodzi”. Najważniejsze, że wypłata wpływa.

Czekaj, sprawdzę w Googlach.

Od tamtego incydentu, idąc do pediatry, mam ochotę brać leki na uspokojenie, medytować tydzień wcześniej i odmówić różaniec zanim wykręcę numer do rejestracji. Za każdym razem zastanawiam się, czy ktoś znów mi powie, że TO NIE JEST STAN ZAGRAŻAJĄCY ŻYCIU więc wyjazd do domu, nie zawracać mi dupy.

Za każdym razem, zastanawiam się czy jako matka nie jestem przewrażliwiona i być może moja intuicja mnie oszukuje, mówiąc, że nie jestem. Może jednak jestem? Może w rejestracji mój numer jest zaznaczony na czerwono z dopiskiem: “Nie odbierać, ona jest jebnięta”?

Swoją drogą, rejestracja telefoniczna w przychodni to są takie koszary w których zawsze przyda Ci się kawa, obok kartka i długopis, żebyś czekając na “halo” zdążyła rozrysować każdy kąt swojego mieszkania i wszystkich sąsiadów na całej ulicy. Bo kiedy już ktoś podniesie słuchawkę to się okazuje, że rejestracja jest od dziewiątej, ale szybko dopowiadasz, że jest za pięć. Z tym, że za pięć to nie jest punkt dziewiąta i proszę zadzwonić za cztery minuty bo dopiero wtedy można rejestrować. Podejrzewam, że kobieta po drugiej stronie chciałaby rzucić we mnie hasłem: “Zegarka na pierwszą komunię się nie dostało?”, ale pech chciał, że ja dostałam rower.

Jak już dzwonisz po dziewiątej – no bo czekasz chociaż do piętnaście po, żeby nie wyszło, że jesteś natarczywa – to się okazuje, że chcesz do dzieci chorych, a dzieci chore są od dziesiątej bo od dziewiątej to dzieci zdrowe i żeśmy się nie zrozumiały. Pytasz więc czy Ona tak serio czy ma dobry dzień i chce poprawić Ci humor. Okazuje się, że serio. Że masz dzwonić po dziesiątej więc następne 45 minut jest Twoje.  Możesz sobie wziąć większy zapas kawy i kartek do rysowania bo nie dodzwonisz się z pewnością do jedenastej.

Kiedy dzwonisz po dziesiątej okazuje się, że już jest średnio z miejscem, ale zapisze do pani DOKTÓR (obowiązkowo DOKTÓR, nigdy DOKTOR) i będziesz miała numerek 452152. To nie jest śmieszna wstawka do tekstu, to jest dochujaWacława autentyk!

Ale wracając do tematu: moje pierwsze dziecko – pierwsza sytuacja w której nie wiem co robić, pierwsza nocna wizyta na IP i zero zrozumienia, że człowiek po prostu się boi. Martwi się o człowieka, którego stworzył i kocha najbardziej na świecie. Jak każdy rodzic.

Nie pojechałam z katarem, z kropką na palcu ani z złą konsystencją kupy. Pojechałam z dzieckiem, które traciło kontakt z rzeczywistością.

Pamiętam, że w tamtej chwili, całkowicie rozumiałam matki korzystające z Googli, serio. Bo skoro pediatrze “zawracasz głowę” to gdzie masz szukać pomocy? Tonący brzytwy się chwyta i być może tą brzytwą jest właśnie wujek Google, którego nie pochwalam. Ale to była pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy kiedy wracałam roztrzęsiona z czerwonym jak cegła Odyńcem, śpiącym w foteliku.

Wykrywacz metalu potrzebny na gwałt.

Długo, długo później, a właściwie całkiem nie dawno, nastał dzień w którym podejrzewaliśmy, że Odyniec połknął nakrętkę/nasadkę, jak zwał tak zwał. Na samym początku choć serce waliło jak oszalałe, próbowałam się dogadać z człowiekiem:

– Synek, skąd Ty masz śrubkę? – pytam w miarę spokojnie, choć głos już się załamuje
– tamtond – wskazuje na drzwi wejściowe
– Jak to stamtąd?! Dziecko, synu patrz na mnie, włożyłeś to do buzi?
– Tak – odpowiada spokojnie syn
– Połknąłeś śrubkę? – próbuję dopytać dwulatka
– Tak – odpowiada uradowany.

I jako matka ‘w miarę doświadczona’ zastanawiałam się czy poczekać na nocniko-niespodziankę czy biec do jakiegoś sklepu po wykrywacz metali. Biorąc pod uwagę, że mój syn odpowiada ‘tak’, nawet na pytanie: “Synu, umiesz mówić po hiszpańsku?” oraz “Masz prawo jazdy kategorii A?”, stwierdziłam, że nie ma sensu dyskutować tylko przywitać się z SORem.

Wchodzimy na chirurgię, w środku dwójka lekarzy, pielęgniarka i koleś z RTG, ja spanikowana, Igrek z twarzą kamienną jak skała, a nasz syn z uśmiechem od ucha do ucha, dźwiga prawą rękę w górę i wita wszystkich okrzykiem: ” NO SIEMA!”

Głos mi się załamał i za wszelką cenę starałam się udowodnić chirurgowi, że pilnuję swojego dziecka, że ja nie wiem czy on to połknął czy nie, że ja przepraszam, że trochę panikuję. I wiecie co usłyszałam? Balsam na serce w postaci zrozumienia: ” Pani kochana, mam dwójkę dzieci… czego My już z żoną w pampersie nie znaleźliśmy. Nawet gdyby Pani chciała to czasem Pani nie upilnuje, a ja od tego tutaj jestem, żeby rozwiać wątpliwości i pomóc Pani dziecku. Nawet jeśli nic nie połknął, ma Pani pewność. Obojętnie czego dotyczy wizyta u nas, Pani jako mama, ma prawo się zaniepokoić zachowaniem dziecka i zgłosić się tutaj w każdej chwili”

Przychodzi rodzic do lekarza, a lekarz to nie rodzic.

Nie wiem czy tutaj tkwi sedno, nie wiem czy tamta Pani posiadała dzieci, ale wiem jedno – intuicja w przypadku posiadania dziecka, nigdy mnie nie zawiodła. Nie wiem jak matka natura to wymyśliła, ale wymyśliła to bardzo sprytnie. Patrząc na swoje dziecko wiem, kiedy coś się dzieje. Wiem, że dzieje się coś złego i wiem, że powinnam interweniować.

Nie ma dla mnie nic gorszego niż brak zrozumienia u osób, które powinny nieść pomoc. Zdaję sobie również sprawę z tego, że są matki, które przyjeżdżają na IP z katarem, kropką czerwoną na małym palcu u nogi czy zbyt częstym mruganiem prawym okiem, ale… nie prościej taką matkę wyedukować? Poświęcić jej choć godzinę, powiedzieć, wytłumaczyć. Po prostu uświadomić, co powinno ją zaniepokoić, z czym można poczekać, a co wymaga nagłej interwencji? Zamiast drzeć się na nią jak na stare prześcieradło?

Mamy wysyp matek, które leczą dzieci przez internet. Mamy wysyp kobiet, które same podają leki bez konsultacji z lekarzem. Zupełnie jakby to były cukierki. Zamiast pojechać do lekarza czy na IP, forum internetowe jest zalewane pytaniami o choroby dzieci. Nie wiem jakie doświadczenia miały te matki, nie wiem czy ich zachowanie wynika z przykrej sytuacji czy z charakteru, ale wiem jedno – nawet jeśli raz trafisz na złego lekarza, później możesz trafić na anioła. Anioła, który zrozumie, że się martwisz. Który z uśmiechem, a nie łaską, podejdzie do Twojego dziecka. Lekarza, który Ci uświadomi, że wciąż warto wierzyć w medycynę, a nie w fora internetowe.

Intuicja matki jest czymś tak potężnym, że nie dasz rady jej zagłuszyć. Dziś pediatra mojego syna powiedziała mi coś, co mam nadzieję zakorzeni się we mnie na zawsze: “Wie Pani, najważniejsze to wysłuchać rodzica. Tylko rodzic zna swoje dziecko najlepiej i wie, kiedy coś z dzieckiem się dzieje. Słowo “przewrażliwiona” staje się ostatnio zbyt nadużywane. To jest po prostu naturalny strach o dziecko, który przychodzi wraz z maleństwem na świat. Strach i dziecko rodzą się razem.”


Spodobał Ci się wpis? Czekam więc na Twoją reakcję, możesz go polubić lub udostępnić o tu👉 Facebook

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

15 Responses

  1. Znam doskonale to uczucie. Nie potrafię tego określić, ale patrząc na Młodego WIEM, że coś jest nie tak! Pamiętam wizytę po żużlowaniu głową o podłogę. SOR w dużym mieście. I pytanie młodego lekarza “w czym mogę pani pomoc? Co panią niepokoi?” Miód na moje serce zestresowane.

  2. Na początku drogi zwanej macierzyństwem trafiłam do pediatry.Dziecko miało jakieś dwa miesiące,mocny katar,mało jadł.Co dwa dni byłam w przychodni bo lekarka twierdziła ,że to “tylko katarek” i zaraz przejdzie.Nie przechodził-wkurzona zmieniłam lekarza. I od razu szpital-u syna stwierdzono zapalenie płuc i oskrzeli.Do tej pierwszej poszłam raz,po wyjściu ze szpitala-poradziłam żeby poszła na rejestracje bloczki z receptami podbijać.

    Na szczęście potem trafiliśmy super,do tej pory chodzę z obojgiem- znaczy dojeżdżam ale nie mam zamiaru zmieniać.
    Lekarki same gadają,że lepiej przyjechać z pierdołą jeśli mamy jakieś wątpliwości i skonsultować niż potem płakać.Bo od tego one są a rodzic nie zawsze dobrze rozpozna objawy. Przykład? Zeszłego roku syn od tak sobie kolacją postanowił się podzielić z Wodnikiem Szuwarkiem. I do kibla szło wszystko-herbata,woda,suchy chleb.Rano wyglądał troche lepiej,mieliśmy jechać do sklepu i wysiadka w połowie drogi bo rzygo.No to z marszu do przychodni. I nie dotarliśmy do celu, lekarka nas wysłała do szpitala z podejrzeniem rotawirusa.A ja bym obstawiała zwykłą jelitówkę.
    Dlatego że ja medycyny nie kończyłam,nie znam się to wolę być uważana za nadopiekuńczą niż zaniedbać. A buców w kitlach mających się za nie wiem co nienawidzę bardziej niż zupy mlecznej z kożuchem.

    • No właśnie o to tutaj chodzi, jeśli się medycyny nie skończyło to po to człowiek jedzie do lekarza, żeby uzyskać pomoc od osoby kompetentnej. Szkoda tylko, że nie zawsze ta osoba bierze pacjenta na poważnie…

    • A jeszcze mi się przypomniało, pisałam to na Facebooku. Miałam taką sytuację, że Młody mi nie jadł, ciągle pokazywał na buzię i był apatyczny. Chodziłam co dwa/trzy dni do lekarza i ciągle słuchałam: “Zdrowy”. Z dnia na dzień było gorzej, a ta dalej swoje. Zmieniłam lekarza, co się okazało? Angina z początkiem zapalenia jamy ustnej – jak można było tego nie zauważyć?!?!

  3. Gdy urodziło się moje pierwsze dziecko zrozumiałam,że poznałam najczystszą i najprawdziwszą miłość ale też i najprawdziwszy strach.Za to z drugim byliśmy na SOR z podejrzeniem połknięcia baterii.Pisz dalej -coraz więcej mądrych przemyśleń jest w tekstach. Dwa dni trawiłam tekst o kolorach i szok normalnie jestem czerwona.😁

  4. Moja młoda często chorowała. I siłą rzeczy często lądowałam u lekarza. Podczas kolejnej wizyty pediatea zasugerował, że potrzebna jest pomoc lekarza innej specjalizacji i to wcale nie dla dziecka. Znaczy wystawił diagnozę żem walnięta i to srogo.
    Jak okazało się później wszystkie choroby i dolegliwosci córki były spowodowane zwężeniem podmiedniczkowym. Po operacji jak ręką odjął.
    I tenże sam lekarz PRZEPROSIŁ mnie za tę sugeatię o mojej chorobie.

    A ja, żebym nie walczyła ze znieczulicą personelu wyższego, to dziecko czekałyby dializy.

    • POWAŻNIE?!Jezu… jak tak można?! Co to w ogóle jest za podejście? Lepiej być rodzicem, który olewa i sra na medycynę? Takim, który albo sobie sam wyleczy dziecko albo nie wyleczy wcale? Żałosny człowiek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *