Matka Torpeda
Matka Torpeda

“Ale jemu nic nie jest!” czyli o tym, dlaczego chore dziecko powinno zostać w domu.

Pisząc ten post, połykałam łzy. Piekące łzy powstrzymywałam również wczoraj w aptece. Myśli lecą przez głowę jak Pendolino, które ktoś podpiął do nitro. Spoglądałam na półki wypełnione lekami i myślałam o wszystkim, a w głowie od ściany do ściany, biło się jedno pytanie: “Jak długo jeszcze?”.
Czuję się jakby ktoś mi zarzucił na barki pięćdziesiąt kilogramów żelaza, ciężko mi oddychać i myśleć.
Jako dorosła kobieta, miałam ochotę usiąść na środku tej apteki i zacząć płakać. W dłoni kurczowo ściskałam portfel, a wnętrze policzka delikatnie przygryzałam żeby nie wybuchnąć płaczem. Z jednego ramienia coś mi mówi: “Weź się w garść, jesteś matką musisz być silna!”, a z drugiego ramienia słyszę jakże znajome: “Płacz jeśli Ci to pomoże, jesteś przede wszystkim człowiekiem i masz prawo do momentu słabości”.

Naprawdę w ostatnim czasie żyję jak na karuzeli, która się zacięła. Zupełnie jakbym wrzuciła piątkę, a ta piątka starczyła na kilka miesięcy kręcenia. Jeśli stoisz z boku karuzeli i obserwujesz, to strach osób siedzących w krzesełkach wydaje Ci się przesadny. Bo nie czujesz wiercenia w żołądku, nie czujesz adrenaliny ani strachu kiedy karuzela jest u góry. Ty widząc to wszystko, uśmiechasz się szeroko bo stoisz na dole i jesteś na stabilnej pozycji.

Kto siedzi na moim fejsie ten wie, że ostatnimi czasy jedyne informacje jakie tam sprzedaje to te, że znowu moje dziecko jest chore. Od września, z małymi kilkudniowymi przerwami. Ale nie biadoliłam, nie poddawałam się, nie jojczyłam. Po prostu brałam zapas warzyw i do antybiotyku dokładałam rosół. Nie płakałam, nie załamywałam się, po prostu wszędzie zaczęłam dodawać czosnek.
‘Przecież każde dziecko choruje’ powie nie jedna osoba, czytająca ten wstęp. To prawda, dzieci chorują i to ich najczęstsze prawo w okresie jesienno-zimowym. I nie z tego powodu mi się chce płakać, nie z tego powodu czuję ciężar na swoich barkach, nie z tego powodu mam ostatnio dość.

Dość mam tego, że wydajemy miliony monet na prywatne wizyty i leki, moje dziecko zdrowieje, już witamy się z gąską i wtedy pojawiają się Oni…

Hej rodzice! podzielimy się?

Dzielimy się jako rodzice, czy tego chcemy czy nie. Dzielimy się na tych, co to mówią, że słodycze są ze wszystkich świństw najgorsze i na tych, co zawsze noszą paczkę kinderek w torebce.
Dzielimy się na tych, co po niezbyt groźnym upadku dziecka mówią: “Wszystko ok?”, i na tych, co od razu lecą z plasterkiem i wykręcają numer na pogotowie.

Dzielimy się na tych, co Strażaka Sama uważają za spoko gościa i na tych, którzy kategorycznie zabraniają oglądać bajki.
Dzielimy się na tych, co podają dziecku czosnek i miód oraz na tych, co wolą kupować “wspomagacze odporności” w aptekach.
Dzielimy się na tych, co kupują tylko zabawki z atestem i na tych, co mają w domu minimum jednego szczekającego pieska za dziesięć PLNów.

I wiesz co?

Mogłabym wymieniać tych różnic jeszcze milion. Pewnie sam/sama dodałabyś od siebie jeszcze kolejny tysiąc przykładów, ale bez względu na to, jaką grupę rodzica reprezentujemy – prawo do oceny naszych metod wychowawczych mają tylko nasze dzieci, które w okresie nastoletnim i tak stwierdzą, że jesteśmy do bani i niczego nie rozumiemy. A gdzieś tam w środku, głęboko wierzę w to, że są rodzice, którzy jednocześnie po upadku pytają “wszystko ok?”, a w dłoni dzierżą ten plaster i mają w zapasie numer alarmowy. Głęboko wierzę, że nie musimy popadać ze skrajności w skrajność, że możemy pilnować sposobu odżywiania swojego dziecka, a jednocześnie pozwalać mu na poznanie smaku czekolady.
Głęboko wierzę, że nie musimy chwytać się za łby i uważać, że tylko nasz obóz metod wychowawczych jest słuszny, a ten drugi obóz, reprezentujący inne metody to powinien wrócić z tej wycieczki do domu.
A przede wszystkim, głęboko wierzę w to, że mimo różnic i odmiennych zdań, jesteśmy w stanie się wszyscy wspierać.

Wszak, nikt z nas nie wie do końca czy obrał sobie słuszną metodę wychowawczą. Jedni robią to, co robiły ich babki i prababki. Drudzy korzystają z poradników dla rodziców, trzecia grupa natomiast, idzie na żywioł i jedzie z tematem.
I fajnie i spoko, każdy robi co chce i generalnie człowiek stara się nie wtrącać. Problem jednak pojawia się wtedy, kiedy czyjeś sposoby na wychowanie, za bardzo wchodzą do Twojego życia i siadają Ci na kanapie, zupełnie jak Grażynka, która opadając tyłkiem, rzuciła:

“Tym kaszlem się nie przejmuj, nic jej nie jest”

I jakkolwiek chciałabym być tolerancyjna, jakkolwiek chciałabym wierzyć, że możemy się wspierać jako rodzice reprezentujący inne metody wychowawcze, tak NIGDY nie zrozumiem ludzi, którzy z chorym dzieckiem chodzą po znajomych.
Zamiast najnormalniej w świecie, zachować się jak osoba DOROSŁA i zadzwonić, mówiąc: “Musimy to przełożyć” to wolą przyjść z glutami po pas i kaszlem, odrywającym się tak, że flegmę to aż sama masz ochotę wypluć na dzień dobry, mimo żeś zdrowa jak ryba.

“Ale spooookooojnie, daj spokooój, przecież Zosi/Krysi/Antkowi/Józiowi, nic nie jest. Po prostu kaszle jakby właśnie przechodził ostre zapalenie oskrzeli, z początkiem zapalenia płuc, ale zaszłam na kawę bo bez przesady, że się będziemy izolować” – powiedziała mama Zosi/Krysi/Antka/Józia, a dwa dni później mój syn dostał ostrego ataku kaszlu w środku nocy. Nie dalej jak trzy dni później wyszliśmy z antybiotykiem i ostrym zapaleniem oskrzeli. Bo jak wspominałam Zosi/Krysi/Antkowi/Józiowi, nic nie było, a mój syn z antybiotyku wszedł na kolejny antybiotyk bo się tym “niczym” zaraził, z racji tego, że miał osłabiony organizm.

“Aaaa tam od razu do lekarza, On kaszle już tak dwa tygodnie więc to nic takiego!” – usłyszała zapewne nie jedna z Was. Bo skoro kaszle już długo, znaczy nic poważnego (Ta teoria matek, zawsze mnie przeraża!). Gdyby było poważne to by się coś poważniejszego działo, a nie tylko kaszel, przecież logiczne! Więc może sobie takie dziecko z tym kaszlem chodzić do żłobka/przedszkola czy szkoły. Może iść z tym kaszlem do babci, na zakupy i na kawę do znajomych. A to, że z przedszkola wróci później osiem dzieci, które będą kaszleć jak oszalałe? drobiazg. TO TYLKO KASZEL.

Osobiście, wyznaję taką dziwną, prehistoryczną i zacofaną zasadę, że jeśli mojemu dziecku coś dolega to nie chodzę z nim po znajomych, nie zabieram go do centrum handlowego i generalnie staram mu się robić “lekką izolację” wspierając jego organizm, zamiast łazić po okolicznych Zosiach, Krysiach i Antkach, żeby pozostawić rozwijające się zapalenie oskrzeli czy inną chorobę wirusową.
Druga, dość dziwna sprawa to taka, że chodzę z nim do lekarza, który stawia diagnozę, a skoro stawia diagnozę to znaczy, że dziecko jest CHORE. A o tym, czy dziecko jest zdrowe czy chore decyduje nikt inny, jak osoba, która skończyła medycynę. Ergo? Lekarz -> Diagnoza -> Siedzisz z dupą w chałupie.

Matki reHABILITOWANE nadzwyczajne.

Z tym lekarzem to może i trochę przesadziłam. Bo ja reprezentuję ten inny obóz wychowawczy. Bo przecież nie trzeba lekarza za każdym razem. Dziecko, które ma szczekający kaszel to przecież jeszcze nie koniec świata. To jedynie zapalenie krtani, które po prostu sobie trwa. Według Madki, na lekarza jeszcze czas, a póki co, umówmy się, trzeba zabrać dziecko do biedry na zakupy, obskoczyć jeszcze Lidla i Rossmana.

Może to ostre zapalenie jamy ustnej, a może po prostu lekkie owrzodzenie? A może jednak mejbeeeliiin? Niech się przecież napiją z jednej butelki, już nie bądźmy takie nowoczesne i nie uciekajmy przed tymi zarazkami! Kiedyś to się piło z jednej butelki na placu i wszyscy żyliśmy, HE HE – powie Ci Madka, już po tym jak Twoje dziecko napiło się z kubka/szklanki czy butelki.

Za kilka dni, wychodzisz z receptą na robiony antybiotyk plus fiolet do smarowania buzi. HEHE, kurwa. Stopięćdziesiąt nie Twoje, HEHE, że SE tak zacytuję.

A co Ci miałam mówić? Wszystko dobrze jest, całą noc nam wymiotował i gorączki dostał, ale to przecież nie ma o czym mówić w ogóle bo już mu przeszło.

Czyli według tej teorii zarazki ustają razem z wymiotami i oczywiście dziecko nie zaraża. A 24 godziny w porywach do 48 godzin później, rzygasz Ty, mąż i dwójka Waszych dzieci oraz babcia, która dostała rykoszetem przynosząc Wam rosołek. No i dziadek, bo z babcią mieszka, wiadomo.

Ja wiem, że wszystkie chcemy jak najlepiej dla naszych dzieci, ale miejmy trochę wyobraźni. Nie lekceważmy objawów choroby. Jeśli dla Ciebie kaszel to drobnostka i do lekarza z dzieckiem nie masz zamiaru iść – spoko, Twój wybór. Ale nie biegaj z tym kaszlącym dzieckiem po wszystkich koleżankach, okolicznych biedronkach. INFORMUJ innego rodzica, że z Twoim dzieckiem coś się dzieje. Być może Ty do chorób podchodzisz innym sposobem niż ja, osoba, która woli unikać grypy jelitowej czy kolejnego zapalenia oskrzeli.

 

“Oj, już nie bądź taka przewrażliwiona, owiń sobie dziecko w folię bąbelkową najlepiej!”

Naprawdę tak wiele wysiłku kosztuje to, aby poinformować, że Wasze dziecko kaszle jak oszalałe? Albo, że wymiotowało całą noc i nie wiesz co mu jest, ale na wszelki wypadek przełóżmy spotkanie? Naprawdę nie można w sobie znaleźć odrobiny wyobraźni?

Oczywiście, że zarazki mamy wszędzie. Na klamkach, telefonach i rzeczach codziennego użytku. Moje dziecko wychowuje się z psem więc tych zarazków prawdopodobnie ma milion razy więcej. Nie kładę nacisku na wychowywanie go w sterylnej czystości czy przesadnej paniki o zarazki, ale jasny szlag mnie trafia, kiedy ledwo wychodzimy z antybiotyku, a ktoś “zapomina” mi powiedzieć, że jego dziecko jest chore.
I jako dorosła kobieta rozumiem, że wszędzie są skupiska wirusów i bakterii.
Nie owijam go w folię  ani  nie zamykam w złotej klatce z powłoczką antywirusową więc logiczne, że ma styczność z tym wszystkim co lata, ale jeśli ktoś do mnie przychodzi i po godzinie mnie informuje, że jego dziecko całą noc wymiotowało i miało gorączkę to mam ochotę zapytać: “Przepraszam, ale gdzie masz mózg?”

Pamiętajmy proszę, że lepiej odwołać spotkanie niż zarazić kolejną rodzinę grypą jelitową.
Pamiętajmy, że nie każde dziecko jest równie odporne co Twoje i nie każde przechodzi choroby wirusowe szybko i bez powikłań.
Pamiętajmy, że od “zwykłego kaszlu” Twojego syna, noworodek koleżanki może wylądować w ciężkim stanie na SORze.
Pamiętajmy, że będąc rodzicami musimy mieć choć odrobinę wyobraźni, odrobinę.

 

‘Przesadzasz’.

… usłyszała moja koleżanka jakieś dwa tygodnie temu, kiedy w odwiedziny zwaliła jej się matka z kaszlącym dzieckiem. To tylko kaszel, nie idzie do lekarza bo nic dziecku nie jest. Efektem tego spotkania był SOR dla noworodka, sterydy i pobyt w szpitalu. Czy to było potrzebne? Czy to było niezbędne? Czy nie można było zadzwonić albo powiedzieć wprost?

… usłyszałam ja, kilka dni temu kiedy mój syn kończył antybiotyk, a ja poprosiłam o lekką izolację. Chciałam żeby po tak długim okresie choroby, Młody trochę się “ogarnął” z tymi zarazkami, antybiotykami i całą resztą. Poprosiłam więc, żeby zanim ktoś przyjdzie, po prostu powiedział czy przypadkiem nie jest chory. Usłyszałam, że przesadzam, a jakże.
Mój syn nie skończył antybiotyku. Zaraził się bowiem jelitówką bo mi ciocia “zapomniała” powiedzieć, że jej syn całą noc wymiotował i gorączkował.

Proszę, myślmy. To nie boli, to bardzo pomaga !

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

27 Responses

  1. Jeszcze przypomniałam sobie rozmowę z przedszkolanką mojego syna, że była mamusia która przyprowadzała chore dziecko do przedszkola wraz z lekarstwami i karteczką jak podawać . No co zrobić głupota ludzka nie zna granic . Pozdrawiam ,wytrzymaj te choroby , na pocieszenie Ci powiem następne będą w zerówce przerabiałam to , oj przerabiałam.

  2. Witaj, przeczytałam wczoraj Twój wpis i aż mną trzęsie . Dziecko 3 miesiące (teraz już prawie 17,ale głupota ludzka zostaje w głowie) odwiedza mnie koleżanka z córką 5lat zasmarkana , kaszle że mnie płuca bolą tłumaczenie koleżanki dziś się zaczęło , mała cały czas dotyka miękką jeszcze główkę mojego dziecka , nie słyszy że tak nie wolno , matka też . Dziecko 1.5 roku zapalenie oskrzeli , temperatura było Boże Narodzenie mówię teściowi że chory nie przyjedziemy a On złota rada ,, zawiń go w kocyk i przyjedźcie no jasny gwint,nie pojechaliśmy.Często przed odwiedzinami dzwoniłam czy wszyscy zdrowi , tak zdrowi , a na miejscu okazało się że katar , kaszel i inne paskudztwa , ale to ja byłam przewrażliwiona . I jeszcze ciąża 5mies zagrożona od pierwszych dni , przychodzi mama mieszkałyśmy w jednym domu , więc o ciąży wiedziała i opowieści że ma grypę źle się czuje , po tygodniu ja mam grypę na szlag by to trafił . Chorzy siedzimy w domu nie odwiedzamy dzieci ani ciężarnych koniec i kropka .

    • Niestety, ale do niektórych ludzi to jak do ściany, ewidentnie. Szkoda tylko, że przez to cierpią osoby postronne i dzieci. Nie wiem czy to aż tak ciężko mieć odrobinę wyobraźni, jakie mogą być konsekwencje tego co robimy? Kiepsko, że niektórzy dorośli to gorzej jak dzieci.

  3. Wiesz,tak wczoraj wieczorkiem jeszcze myślałam o Twoim wpisie.
    I niestety doszłam do wniosku,że “to tylko katar” to nasza-znaczy dorosłych-wina.
    I gonitwy szczurów za pieniędzmi,całego tego szitu,życia na wzór japońsko-chiński.Bo tam zapierniczają do roboty nawet z zawałem.
    Kiedyś u nas było tak,że człowiek chory szedł na L4 bo to jego święte prawo. A potem się zaczęło,że skoro “tylko” przeziębienie,”tylko” grypa to się bierze leki bez recepty i zapiernicza do firmy,bo na L4 to znaczy że leser,kombinator,pewnie jakiś remont jest w domu. A po latach szok że zapalenie mięśnia sercowego właśnie z niewyleczonych przeziębień.
    Też taka głupia byłam,z gorączką na kasie siedziałam,cudem manka nie zrobiłam.Kierowniczka sama mnie zawiozła do przychodni. Od tego czasu stwierdziłam że po to jest lekarz żeby on decydował.I wisi mi co kto o tym myśli-to jest moje zdrowie,i chciałabym emerytury dożyć a nie doleżeć.

    A skoro ktoś nie szanuje własnego zdrowia to nie ma bata żeby szanował cudze,nawet dziecka rodzonego.

    • Ostatnio na podobny temat rozmawialiśmy z Igrekiem, który sobie mocne przeziębienie wyleczył w dwa dni i poszedł do pracy. Dzięki temu, bujał się jeszcze dwa tygodnie po lekarzach bo mu nic nie pomagało jak choroba wróciła ze zdwojoną siłą. Ale taka jest prawda, takie mamy czasy, że z “byle czym” do roboty :/

      • W zeszłym roku u nas było to samo.Leki na grypę i ojciec rodziny do roboty,bo jak wspomniałam o lekarzu to usłyszałam że co Ty,że jak,nie ma szans.Że nawet jakiś tam kierownik powiedział żeby nie brali L4 bo jak ktoś ma np.złamaną nogę to do pracy może przyjść i przekładać papiery w biurze. No paranoja.

  4. Mamy 2 koty więc moja córka ma kontakt z bakteriami. Ile to razy wody się napiła z ich miski bądź chrupka zjadła to nie zlizliczę, ale jak jest chora to nigdzie z nią nie chodzę, spotkania ze znajomymi przekładam i oczekuję tego samego od znajomych. Jak idzie do opiekunki, a ma lekki katar, to proszę żeby dała mi znać jak tylko gorzej się poczuje to zwolnię się z pracy i ją odbiorę. Mieszkamy w UK i tu jest inne podejście do różnych spraw, często ludzie patrzą się na mnie jak na wariatkę gdyż widzą jak ubieram córkę (odpowiednio do pogody bądź na tak zwaną ‘cebulkę’), ale mnie to nie rusza.
    Zdrówka życzę!

      • A weź. Niektórzy ludzie to bezmózgowcy. Zima, pizga jak w kieleckim na dworcu i widzisz niemowlaka bez czapeczki z jedną skarpetką i bez kurtki/kombinezonu tylko w portach i sweterku to nóż się w kieszeni otwiera. A rodzice ubrani w grube kurtki. Inna sytuacja: dziewczynka w sukience bez rajtuzek, w kaloszach i kurtce jesiennej/wiosennej (rozpietej) lub chłopczyk w portach 3/4, klapkach i kurtce jesiennej obowiązkowo rozpietej. A latem można zauważyć dzieci wchodzące w kozakach i grubych swetrach. Paranoja!

          • Wiesz, gdybym tego na własne oczy nie widziała to bym pomyślała że ktoś ma niezłą wyobraźnię, ale tutaj to norma. Najgorsze jest to, że dzieciaki mają przyzwolenie od rodziców na taki ubiór. Raz o mało co w lodówkę w sklepie nie wlazłam jak zobaczyłam dziewczynkę mniej więcej 6-7 lat w pantoflach na obcasie, bluzeczka odkrywająca pępek i do tego miniówka, a obok szła jej mama ubrana normalnie, znaczy bluzka, jeansy i adidasy.

  5. Jak ja to dobrze znam… nie mam noworodka ale 1.5 rocznego syna i 3 letnią córkę co chodzi do przedszkola i wszystko przynosi… jednak najbardziej mnie wkurwila kolezanka, ktorej corka przyszla do mojej 9 latki cwiczyc uklad na MINI PLAYBACK SHOW… gdzie sie dowiedzialam ze rano nie byla w szkole bo miala biegunke… BIEGUNKE kurwa rano a popoludniu poslala corke do mnie no bo beda cwiczyc uklad!!! Jakby tego kurwa przelozyc nie szlo.. moja 3 latka przechodzi jelitowki strasznie!!! A 4 dni wczesniej wlasnie skonczyla swoje męki z jelitowka!!! I znow miała to samo…

    • I w takiej sytuacji człowiek ma ochotę zadzwonić albo się spotkac i powiedzieć co się myśli. Z drugiej strony, człowiek już wie, że jest po ptakach. Przez jej bezmyślność Twoja córka ma kilka dni wyjęte z życiorysu, albo co gorsza – wszyscy będziecie mieli wyjęte.
      Identyczną miałam sytuację właśnie z Młodym. Bo przecież to nic takiego więc mi nie wspomniała o jelitówce. To, że to jest żałosne i wkurwiające to jakby nie powiedzieć nic :/

  6. Oj tak… w samo sedno niestety 🙁 ja mam ciotkę, która wyemigrowała z całą rodziną do Szwecji. Tam to raj! „U Was to na wszystko antybiotyki! Wasze dzieci to ciagle chorują… a u NAS w Szwecji antybiotyk to ostateczność, dzieci gole biegają na mrozie i zdrowe…” Pewnie, bo My tu w tej zacofanej Polsce to lubimy dawać leki małym dzieciom, nie spać po nocy i dzwonić na pogotowie, bo dziecko tak kaszle, że się dusi i nie wiesz cyz dojedziesz do szpitala, zwłaszcza że w drugim pokoju drugie dziecko śpi… rzygać mi się chce jak słucham tego tylu tekstów. Naprawdę któregoś razu nie wytrzymam i komus w końcu przyłożę.
    Zdrówka!

    • Ja też ostatnio mam coraz mniej cierpliwości do podobnych tekstów. Nie dość, że dziecko choruje, nie dość, że masz już dość to jeszcze ktoś Ci wpląta swoje mądrości z dupy, za przeproszeniem.

      • Otóż to! Nie dość, że nie pomogą to jeszcze z równowagi wyprowadzą. U mnie starsza przynosi choroby z przedszkola a młodsza 3 dni później też chora. Ledwo skończymy 2 tyg choroby, pójdzie do przedszkola i po 3 dniach znowu się zaczyna… ale to oczywiście moja wina, bo przecież nudzę się niemiłosiernie i uwielbiam być uziemiona z chorymi dziećmi w domu. Także ten… też należę do zacnego grona matek, które pierwsze pytanie jakie zadają przed zaplanowaniem czegokolwiek to czy wszyscy zdrowi??? Smutne to, ale jak nie można liczyć na inteligencję innych to trzeba samemu myśleć za wszystkich.

  7. Święte słowa, Torpedo. Wyznaję podobne wartości, co Ty. I wielokrotnie usłyszałam “przesadzasz”. I to nawet nie od koleżanek, ale od swoich rodziców- kiedy przed ich wizytą kolejny raz pytałam zy wszyscy zdrowi, a jak zobaczę, że ktoś ma choćby katar to nie wpuszczę do domu.
    “Przesadzasz” usłyszałam, jak na wyjazd do dziadków najpierw pakowałam inhalator i sterydy, po n-tym zapaleniu krtani.
    Nie wiedziałam, że osiwieć można już przy tak małym dziecku, kiedy telefon dzwoni, a ja z sercem w gardle patrzę tylko czy na wyświetlaczu nie pojawia się “żłobek”, bo to nigdy nie oznacza nic dobrego. Kiedy w nocy sprawdzasz czy nie jest zbyt ciepły. Kiedy zaczyna się “zwykły” katar, od którego zawsze zaczynają się u nas choroby.
    Z utęsknieniem czekam na wiosnę… Trzymajcie się ciepło, już niedługo powinno się to skończyć☺

    • Ooo witaj, mam tak samo jak Ty. Na wyjazd pakuję inhalator i sterydy bo drogi oddechowe to mi się śnią po nocach. Zapas syropów i soli fizjologicznej zawsze w pogotowiu. I o przesadzaniu może mówić jedynie ktoś, kto aktualnie nie ma takiej sytuacji. Bo tak jak piszesz wychodzisz z jednego, zaraz drugie.
      Ja ostatnio już opadłam z sił, kiedy wyszedł z zapalenia oskrzeli cytując pediatrę “dość złego”, a za chwilę wrócił i usłyszałam “brzydko osłuchowo” i ktoś Ci powie, że przesadzasz z inhalatorem 🙂 Zdrowiejcie! :*

    • Mam podobnie. Odkąd moja córka poszła do żłobka to tylko patrze6 na to czy nie zadzwoni nikt z placówki, że znowu chora. I ręce opadają jak wychowawczyni prosi o pozostawienie dziecka w domu, bo smarka, kicha, kaszle i widać gołym okiem, że chore, a to pojawia się dnia następnego dnia i z tyłu głowy , Boże, żeby moje dziecko znowu nie złapało czegoś. Standardowo co 2 tygodnie mamy tydzień chorób. Ciezko patrzeć na to jak dziecko cierpi i nie być w stanie mu pomóc, tylko non stop faszerować lekami i modlić się w duchu, żeby temperatura spadła i Mała przespała choć godzinę! O szlag mnie trafia jak idę do pracy, jestem nauczycielem w przedszkolu, i rodzice przeprowadzają dziecko z katatem po pas, kaszle, który przywodzi na myśl zepsutego malucha, zapaleniem spojówek, chorobą bostońską i bagatelizuje, bo jak wychodziliśmy z domu to było ok. Pewnie w przedszkolu coś z powietrzem jest nie tak, albo po drodze coś złapało!
      Ręce opadają!

  8. Aż mi się serce ścisnęło.
    Ja nie chodzę z chorym dziećmi,nie przyjmuję zasmaranych. Bo każdy inaczej reaguje na zarazki- jeden będzie smarkał tydzień a inny wyląduje pod tlenem.
    Taka sytuacja -poszłam z Młodą na zakupy.Tam na pasażu matka,babcia,dziewczynka ok 6lat.
    Dziecko oczy zapuchnięte z gorączki,nos niczym ten od Rudolfa,kaszel że mało płuc nie wypluła.Atak kaszlu skończył się wymiotywaniem do najbliższego kosza-tylko tam zdążyła. Mamusia poczekała aż dziecko skończy,wytarła buzię( troskliwy miś normalnie),po czym zabrała dziewczynkę za rękę i pomaszerowała…………….prosto na salę sklepową.
    Ja wyszłam bez zakupów.Obserwowałam to wszystko z odległości,szczerze-bałam się z Młodą przejść obok bo zarazki to normalnie chyba w promieniu 10m latały.
    Poza tym wiesz,dorosły jak chory to ledwo żyje a co dopiero małe dziecko,które nie rozumie co się z nim dzieje,dlaczego oczka nie chcą patrzeć,nóżki biegać,i najchętniej gdzieś by się przykleiło i popłakało.
    Owszem,nie trzymam syna w domu i zabraniam chodzić do szkoły bo kichnął 7 razy z rzędu. Ale jak nie potrafi oddychać,oczy szkliste to dla jego dobra zostaje w łóżku- bo lepiej stracić 3 dni niż potem 2 tygodnie z antybiotykami.
    Tym bardziej nie czarujmy się,żaden antybiotyk nie jest obojętny dla organizmu.

    Ktoś kiedyś powiedział że kaszel i katar to nie choroba.Szkoda że zapomniał dodać,że nie leczone wywołują choroby bardzo poważne.

    Dużo zdrówka dla Małego Bohatera,dużo sił dla Was.
    Ps. A ja się zastanawiałam czemu nie piszesz.Ale usprawiedliwiona jesteś:)

    • Miałam kiedyś podobną sytuację w centrum handlowym, ale bez wymiotów. Byłam w centrum handlowym, a dokładniej w sklepie z odzieżą dziecięcą i obok mnie stała dziewczynka gdzieś 4/5 lat. Oczy szkliste i ten kaszel, Boże kochany to jeden z tych kaszli gdzie człowieka aż płuca bolą. A mamusia? Wyjebane, dosłownie. Sobie spaceruje, przegląda i zagląda. Nie chcę oceniać bo może i sytuacji nie znam, nie chcę wytykać palcami, ale na Boga – z dzieckiem w takim stanie sobie pójść na zakupy? To jest paranoja i tego jest coraz więcej. WIększość rodziców wychodzi z założenia, że do sklepu to muszą i mogą z dzieckiem pojechać. I tutaj się z Tobą zgodzę, najbardziej szkoda dzieci.

      • Wiesz,ja jestem w stanie zrozumieć ,że naprawdę nie masz jak zostawić dziecka,że musisz do tego sklepu ale kurwa mać były DWIE,to któraś mogła zostać z tym biednym dzieckiem.
        Jak Młody miał kilka miesięcy to złapałam ospę,oczywiście Młodego wysypało też,choć do końca wyglądało że nie złapał.Komórki już wtedy były ale rachunki zajebiście wysokie jak góry,za smsy to można było się wieszać. Zakupy robiła mi sąsiadka,jak coś potrzebowałam to wieszałam kartkę na drzwiach,ona potem kupowała,dzwoniła do drzwi i uciekała żeby w domu nie zarazić swojego dziecka.I dało się.Tylko odrobina dobrej woli i zdrowego rozsądku.

        Syn koleżanki miał bardzo niską odporność,łapał wszystko,tabletki non stop. Nie wyobrażam sobie,że idę do niej z kichającym dzieckiem i świadomie go narażam.
        Ale teraz takie czasy-co nie zabronione to dozwolone,zwolnienie z myślenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *