Matka Torpeda
Matka Torpeda

Kryzys w związku? a może najpierw sprawdź własną pieluchę

Związek to nie jest kult jednostki, to wspólna radość, czasem wspólna pasja, a już z pewnością wspólne kompromisy, bez których ciężko iść do przodu.

Kryzys w związku? Gdybym miała zamknąć oczy i wyobrazić sobie, tak namacalnie – związek to widziałabym dwie kule, które połączone są nićmi. Jedną z nici może być wspólna pasja. Drugą nicią, podobne poczucie humoru. Trzecią nicią, jest jakaś poważna kłótnia, która została pokonana. Czwartą, dajmy na to niech będzie potomstwo. Im więcej nici nas łączy, tym większe prawdopodobieństwo, że jeśli jedna nić się zerwie, to kule się nie roztrzaskają bo reszta nici wciąż je będzie podtrzymywać.

Osoby, a w szczególności kobiety, nie rozumiejące pojęcia, że związek to równowaga i symbioza, a nie pasożytnictwo – prosi się o nie czytanie tego wpisu. Po prostu naciśnijcie krzyżyk w górnym prawym rogu, oszczędźmy sobie nerwów. To, że robię ulubioną sałatkę mojego faceta – wcale nie oznacza porzucenia własnych potrzeb na rzecz usługiwania mężczyźnie i nie czuję przez to jak uciemiężona księżniczka.
To, że zostawiam mu ostatni kawałek ulubionego jedzenia (dobra, rzadko się zdarza, ale GDYBY MIAŁO SIĘ ZDARZYĆ), nie oznacza, że siebie traktuję gorzej i stawiam dobro faceta nad swoje dobro.

Kryzys w związku? a może najpierw sprawdź własną pieluchę.

Przestań zaczynać słowa kierowane do męża/konkubenta/partnera, od “JA”, to tak przede wszystkim. Bo JA to sobie często ostatnio zaczynałam od tego każde zdanie.

JA, JA, JA. Tylko JA czuję się źle, tylko JA jestem tak strasznie zabiegana.  A tak na życie “Ja” to w wojsku dupa, cokolwiek to znaczy. A tego “Ja”, nie zmieniaj na “Bo TY NIE…”
Bo TY to mi w ogóle nie mówisz o uczuciach…
Bo TY to nie jesteś taki i taki i nie robisz tego i tego…

Wszystkie te słowa wyrzucane są najczęściej z prędkością karabinu maszynowego, a jakże. Najprościej wszak rzucać zaklęcia, zaczynając je od JA – żeby później przejść płynnie w jakże typowe: “BO TY TEGO NIE ROBISZ, TY O MNIE NIE DBASZ”. Podczas kiedy sama od siebie, nie wnosisz nic prócz frustracji.
I o ile, fantastycznie by było w połowie zdania się zatrzymać i powiedzieć: “Poczekaj dziewczyno, zmień te nerwy na jakiś miły komplement dla niego”, ale no bądźmy szczerzy, to tak nie działa.
Pod pachą trzymasz dziecko, na plecach czujesz oddech ośmiu wizyt w ośmiu różnych miejscach, oddalonych od siebie o osiem kilometrów, a lewą ręką w kalendarz wpisujesz kolejną pozycję, choć tak w ogóle to jesteś praworęczna. Czy łatwo wtedy powiedzieć drugiej osobie coś miłego? Czy w ogóle jest możliwość w danej chwili, dopuścić do siebie taką myśl?
Jeśli komuś się udało, to zazdroszczę. Mnie w ostatnim czasie stać było tylko na frustrację i warczenie pod nosem, ewidentnie zapomniałam o tym, co sama stworzyłam. Z dnia na dzień, rośnie w nas ilość goryczy, emocji i żalu, przeplatanego z pretensją. Wpędzamy się sami w kozi róg, z którego później może być ciężko wyjść. Zamiast zakopywać sobie dołek, nieświadomie go powiększamy, wbijając na końcu w ten dołek tabliczkę z napisem: “Kryzys w związku“. Bo czasem można zapomnieć, że rodzina jest jak tarcza, odbijająca cały syf świata. Jest jak parasol, który skutecznie chroni nas przed tym, co złe i co zatruwa nam codzienność. Problem jednak pojawia się wtedy, kiedy to MY sami, zaczynamy zatruwać codzienność.

Problemem w związku może nie być brak czasu, tylko to, co z nim robimy…

… choć ja jeszcze kilka dni temu, uważałam inaczej. Naprawdę wzięłam sobie na głowę tak wiele, że nie potrafiłam się z nikim dogadać. Czułam ciągłe nerwy, napięcie i brak chęci do luźnych rozmów. Związek, który jest moim motorem napędowym w codzienności, zaczęłam traktować w kategoriach kryzysu. Próbowałam na zasadzie pasożytnictwa, dostać jak najwięcej zrozumienia od Igreka, podczas kiedy sama od siebie nie byłam w stanie nic dać. Nawet nie stać mnie było na pytanie: “Jak Ci minął dzień?”
Kalendarz mam wypisany do połowy kwietnia. Bo wiecie, miałam czas, żeby to wszystko tam wcisnąć, ale nie miałam czasu żeby porozmawiać z własnym niemężem.
Miałam czas zaplanować sobie wyjazd na drugi koniec śląska, żeby przeprowadzić wywiad na bloga, ale nie miałam czasu, żeby zrobić coś dobrego do jedzenia i pośmiać się z człowiekiem, którego nazywam przyszłym mężem.
Miałam czas, przeczytać cztery książki, porobić do nich stos notatek i ubrać słuchawki na uszy, ale nie miałam czasu, żeby zapytać nie męża jak mu minął dzień i czy wszystko u niego okej.

Gdzieś w locie, słyszałam jego propozycję spaceru, ale machnęłam ręką w geście “nie teraz”.
Gdzieś w locie, widziałam ulubioną czekoladę z orzechami na kuchennym blacie, ale nawet nie zastanawiałam się kiedy ją w ogóle kupił i kiedy ją tu położył.
Z uśmiechniętej Torpedy, która uwielbia małe gesty, zrobiła się zgorzkniała baba, która poza swoim JA, nie widziała drugiego człowieka.

kryzys w związku

Kryzys w związku czy tak naprawdę kryzys własnego Ja?

Błędem jest myślenie, że na rzecz własnych pasji trzeba zrezygnować ze związku. Można tam wstawić spójnik “i”, dzięki czemu będziemy rozwijać własne pasje i jednocześnie, będziemy mieli motor napędowy do działania – w postaci udanego związku.
Można przecież się rozwijać, inwestować w siebie “I” jednocześnie być mamą, żoną czy babcią.
A jeśli, z jakichkolwiek przyczyn, nie da się wstawić tam spójnika bo strasznie te dwie sprawy się gryzą, można spróbować modyfikacji, dzięki której dojdziemy do porozumienia same ze sobą oraz z własnym związkiem. Ale najpierw to wszystko trzeba zrozumieć.

“Goniąc za tym, czego pragniesz, możesz stracić to, czego naprawdę potrzebujesz w swoim życiu”

Znalazłam sobie kawałek kuchennego blatu i usiadłam, biorąc głęboki wdech. Usiadłam wgapiając się w doniczkę z miętą, stojącą na kuchennym parapecie. Szukałam tej mięty od dwóch tygodni, nigdzie nie mogłam dostać. Latałam jak kot z pełnym pęcherzem, żeby kupić tę cholerną miętę. Nawet pierdolona mięta do wody, stała się ważniejsza niż pielęgnacja własnego związku.
“Co ja tak właściwie, za przeproszeniem, odpierdalam?” – to była pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy. Zupełnie jakby ktoś mi wyciągnął gumowy młotek, rodem z bajek, uderzył mnie nim w czoło i poprzestawiał te klepki, które jakoś mi się poplątały.
Wcześniej straciłam zdolność do zdroworozsądkowego myślenia, wolałam się denerwować i spieszyć. Żeby sobie wstawić “ptaszek” obok kolejnej załatwionej sprawy. Bardzo szybko i sprawnie, przyszło mi stanie się jazgocącą i niezadowoloną babą, która ma ciągle jakiś problem. Bardzo sprawnie, przyszła mi zamiana słów: “Z Ciebie to nawet dobra wieprzowinka jeszcze staruszku”, na rzecz kłapania paszczą, że wiecznie mi się wszystko nie podoba. Wolałam pójść spać niż rozmawiać. Wolałam przeczytać kolejną książkę i zrobić notatki, niż pokruszyć z nim trochę chipsów na kanapie.

Narobiłaś bałaganu, to go teraz sprzątaj czyli jak przetrwać taki “kryzys” ?

Bardzo łatwo jest poddać się słowu “muszę”. Musizm to nam szybko wchodzi w krew, ale już trudniej przychodzi posprzątać bałagan, który się przez to wszystko zrobił. Ciężko mi było, kiedy zrozumiałam co robię. Ciężko mi było, bo wcześniej byłam przekonana, że to ja jestem w tym wszystkim poszkodowana. A prawda niestety była inna. Poszkodowane to było moje dziecko bo mama śmiała się na siłę, podczas zabawy.
Poszkodowany to był mój nie mąż bo zamiast się śmiać i wygłupiać oraz klepać go w tyłek jak zawsze, przechodząc obok – warczałam na niego niczym mały York za furtką sąsiada.

Jeśli coś Ci w życiu śmierdzi, sprawdź najpierw własną pieluchę bo może się okazać, że właśnie to, pozwoli Ci uratować związek.

Wyjścia masz dwa: uparcie przeć do przodu z klapkami na oczach, deptając po swojej rodzinie i rzucać szybkie: “nie mam czasu, nie teraz” albo możesz znaleźć odpowiedni moment na porzucenie swojego: “JA czuję się tak, Ja to, Ja tamto. Bo TY nie robisz tego, Bo Ty nie jesteś” na rzecz słowa: “Przepraszam, nawaliłem/łam”, możemy się zresetować?”
I nie ma to nic wspólnego z porzuceniem własnego JA czy własnych potrzeb. To jest po prostu moment, gdzie zaglądasz we własną pieluchę, która zaczyna brzydko zalatywać. Ktoś to kiedyś nazwał dorosłością emocjonalną, polegającą na otwarciu się na drugiego człowieka. Na dostrzeganiu również jego potrzeb, a nie tylko własnego nosa. Bo przecież z jakiegoś powodu, uznaliśmy, że osoba z którą żyjemy i którą kochamy, to ktoś, kto nie pasowałby do nikogo innego prócz nas. Więc w całym tym bałaganie, który sami robimy – warto czasem znaleźć kawałek miejsca, żeby usiąść i zadać sobie pytanie: “Co ja w ogóle robię? I jaką cenę za to płacę?”.

Zmień swoje podejście do związku, a wtedy zmieni się Twój związek.

Może się też zdarzyć, że usiądziesz i z jakiegoś powodu, ta wewnętrzna kalkulacja, pokaże Ci znak minus. Może uświadomić Ci, że związek to wcale nie jest dla Ciebie motor napędowy. Możesz gapić się w miętę, brać kolejny wdech, a z każdym kolejnym wydechem, uświadamiać sobie, że lepiej byłoby Ci samej bądź samemu.
W całym tym rachunku sumienia Twojej codzienności, możesz zobaczyć wynik, który pokaże Ci, że Twoja druga połówka zamiast powiększać Twoje skrzydła to woli je podcinać, kiedy nie widzisz.

Ale wtedy… Wtedy po prostu zamień taki związek, na związek ze sobą.

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

8 Responses

  1. Chyba już trzeci raz próbuję coś napisać. Wiem co,ale jak już napiszę to nie to jest co mi po głowie lata.
    Normalnie Torpeda rozjebałaś system……….

    Ale fakt,chyba muszę sobie zamontować włącznik “STOP”,też muszę,też warczę,zapędzam się i zapętlam.Ciężko jest przyznać się do błędu,przeprosić.Za to jak mąż wyciąga rękę,żeby przytrzymać,zatrzymać,uspokoić to chciałabym jak takie zaszczute zwierzątko jeszcze ugryźć a chce mi się płakać.
    Ewidentnie zmęczenie materiału 😀 Albo rozdwojenie jaźni.

  2. Mądrze piszesz, Torpedo. Czytajac Cię często odczueam dysonans, bo Twoje przemyślenia są bardzo dojrzałe, a z wpisów wnioskuję, żeś młoda jest😉
    Kilka lat temu znajoma powiedziała mi, żeby w kłótniach nie używać zwrotu “bo ty zawsze/bo ty nigdy”. Jej słowa utkwiły mi w pamięci do dziś. Bo wyrażały to, co części robiłam.
    Niestety to jest tylko połowa sukcesu, bo jeszcze druga połówka powinna myśleć podobnie

    • Zawsze można przeć w rozmowę z drugą połówką, kłótnię czy cokolwiek innego, co pozwoli nam się uzewnętrznić i powiedzieć o tym, co czujemy. Zachowania drugiej osoby zmienić nie możemy, ale swoje już tak 😉

  3. Dobrze napisane. W punkt. Szczerze. Tak łatwo się w życiu pogubić a tak trudno potem odnaleźć. Najtrudniej przyznać się do winy przed sobą. Ehhh

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *