Matka Torpeda
Matka Torpeda

Kto jest naprawdę ojcem mojego dziecka?

Są w życiu takie sytuacje, że brakuje słów. No chyba, że jesteś kobietą więc teoretycznie brak słów jest nie możliwy, ale wszystko się jednak w życiu może zdarzyć.  Ja, na ten przykład, zawsze coś mówię. Najgorsze jest to, że nawet wtedy kiedy nie trzeba.

Kto jest naprawdę ojcem mojego dziecka?

Kiedy zostaję “zagadana” i czuję, że rozmówca chce przejąć nade mną kontrolę albo wprowadzić mnie w zakłopotanie, automatycznie szukam w głowie turbo nieodpowiedniego sarkazmu bądź ciętej riposty. Lubię sarkazm i nie wyobrażam sobie bez niego życia. Gdyby nikt sarkazmu nie wymyślił,trzeba by było ludziom mówić prawdę, taką wprost. Wyobrażacie to sobie? Ja osobiście nie. Byłabym wtedy strasznie chamską osobą. Imaginujemy?

Sytuacja:

Grażyna lat 36, właścicielka sześciu kotów i dwudziestu nadprogramowych kilogramów, spowodowanych brakiem ruchu i miłością do smażonej kiełbasy po 22-giej, właśnie Cię zobaczyła i uraczyła komplementem:

– Oho! Ale Ci się przybrało!

I tutaj niezbędny jest sarkazm, który ratuje Ciebie przed byciem bezczelną, a Grażynę przed załamaniem nerwowym. Bo oto z Twoich ust wydobywa się pełne ciepła:

– Ty za to kwitniesz od tej kiełbasy.

Równie dobrze mogłaś powiedzieć: “chyba siebie w lustrze nie widziałaś” czy tam ewentualne “Eeee no nie pochlebiaj mi, do Ciebie to mi jeszcze z dobrych czterdzieści kilogramów brakuje”. Byłoby gorzej? Ano byłoby, a tak? Cięta riposta, kończąca rozmowę, weszła na ostro.

Zdecydowanie za mocno się malujesz.

Nie raz napotykałam ludzi, którzy z troską o moje lico, komentowały “A po co Ci makijaż? Taka ładna dziewczyna”, “Ja nie wiem, takie ładne ciało i te tatuaże”. Ilekroć słyszałam takie “troskliwe uwagi” wywracałam oczy, a na język niosło mi się jedno: “po gówno”.

Naprawdę ciężko mi zrozumieć, że ludzie aż tak bardzo lubią interesować się czyimś życiem. Co mnie obchodzi jak maluje się sąsiadka spod piątki albo czy babka z warzywniaka ma na ciele jakieś tatuaże? No litości, przecież to są w ogóle tak absurdalne sprawy, że dziwię się iż komuś spędza to sen z powiek.

Jeszcze żebyśmy nie zapomnieli o najważniejszym typie ludzi, którzy muszą powiedzieć Ci, co myślą na Twój temat. Bo ich zdanie jest oczywiście najistotniejsze, a bez ich opinii zginiesz marnie na tym padole łez.

Cięta riposta i sarkazm, czyli moja przyjaciółka i mój przyjaciel.

Nigdy nie wyprowadzam ludzi z błędu. Nie tłumaczę się i nie komentuje podjętych przeze mnie decyzji, nigdy. Nie wchodzę w dyskusję, która ma na celu zaspokojenie potrzeb ciekawości mojego rozmówcy, a umówmy się: to da się wyczuć na kilometr. Ilekroć ktoś pyta mnie gdzie moje dziecko ma czapkę, zawsze pytam gdzie osoba pytająca ma swoją. Przecież na dworze jest 25 stopni, pytam się więc, gdzie ta Pani ma czapunię na swój dekielek?!

Odbyłam dziś wyprawę do bierdonki, czyli umówmy się: do przyjaciółki każdej matki. Syn ma aktualnie zaciętą płytę  i w kółko powtarza hasło: “tata”.  Jest to u nas słowo klucz, bowiem drzewko to “tata”, babcia to “tata”, dziadek też “tata” i generalnie listonosz to też “tata”. Dzwoni telefon? “tata!”, pies szczeka? “tata!”, spaliłam obiad to kto jest na patelni? No mięso bo przecież, że nie tata.

Stoję. Syna dzierżę na ręku, kolejka jak po karpie w Lidlu przed świętami. Przede mną babeczka +60, brwi narysowane flamastrem, równiutko ładnie od ekierki. Na głowie kolor sezonu “późny bakłażan”. Syn co chwila coś chce dotknąć, zrzucić, przewrócić, zjeść. Wije mi się niczym żmija jadowita na ręku, a wiedzieć musicie, że trzymałam go jedynie na jednym ręku bowiem druga ma rąsia wykładała towar na taśmę:

– Nie wolno – powtarzam po raz setny
– Dziecku nie można wszystkiego zakazywać, nic złego nie robi – wtrąca Pani bakłażan.

Nie reaguję, udaję, że nie słyszę bo ostatnią rzeczą, którą potrzebowałam właśnie dziś – w moim 28 dniu miesiąca – jest komentarz kobiety, która widzi mnie od dwóch minut i mi zaczyna komentować moje decyzje. Się znalazła Szpakowska w kolorze późnego bakłażanu:

– Mama nie pozwoli tak? dzidziuś by się chciał tylko pobawić troszkę – ciumka bakłażan w stronę mojego dziecka.

Nie reaguję. Uparcie milczę choć pod deklem kotłuje mi się nieźle. Młody znudzony walką o dostęp do produktów, spogląda za moje ramię i pokazuje paluszkiem “tata”.

Obracam się i próbuję iść za hasłęm “tata”, a moim oczom ukazuje się Pan kupujący dwa tanie, wiśniowe winka.

– Nie kochanie, to nie jest tata – mówię.
– Tata – młody usta w podkówkę
– To nie jest tata – odpowiadam.
– I właśnie tak wygląda samotne macierzyństwo, dziecko tęskni za ojcem nie ma się co dziwić – wypala ewidentnie zniesmaczony bakłażan.

I mogłam jej się wytłumaczyć, że “tata” jest w pracy, że ja nie jestem samotną matką, nie jestem też tak wyrodna, że nie daję dziecku zabawek.  Mogłam się grzecznie ze wszystkiego wytłumaczyć, a mogłam też powiedzieć, że raczej gówno ją to powinno obchodzić. Ale po co? I tak jej więcej pewnie nie zobaczę, więc z najmilszym uśmiechem na jaki tylko było mnie stać odpowiedziałam, że…

– Ja naprawdę nie wiem jak mam już temu dziecku wytłumaczyć, że ja sama nie wiem jak jego ojciec wygląda. To była impreza życia, w dodatku krótko po tym jak wyszłam z Zakładu Karnego więc chyba nie ma się co dziwić, że brałam co leciało.

www.matkatorpeda.pl


 

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

11 Responses

  1. O matko! Prawdą jest, że czasem brak słów. Pomnę, jak w sklepie w jakiejś kolejce pewną starszą parę bardzo śmieszyło, że ze swym ślubny zwracaliśmy się do siebie per ‘kochanie’ i trzymaliśmy się – o zgrozo! – za łapcie. Po dłuższej chwili przedrzeźniania ślubny nachylił się nade mną i z głośnym komentarzem “Chodź, niech cię ucałuję teraz, bo na starość to już tylko będziemy innym zazdrościć” spełnił, co zapowiedział. Poszli szukać innej kolejki. A my do dziś nie wiemy, czemu przeszkadzały im nasze łapcie. Byli w wieku 60++. Ale czy wiek wszystko tłumaczy?

  2. Się tak zaczytałam, prawie spiekłam bułki, bo miałam nocny maraton….
    Ale się uśmiałam….
    A sarkazm? Uwielbiam, tak samo jak ironię…. Choć jak gdzieś czytałam, to sarkazm jest orężem i przetrwalnikiem ludzi inteligentnych….- się znaczy “+” dla nas 😉
    A do tego uwielbiam wyraz twarzy osób, którzy odczytując dosłowne intencje przez ułamek sekundy,póki się nie pozbierają, mają taką konsternację na twarzy….. łał, obłęd 🙂
    I mimo, że nie wszyscy rozumieją co się w takim przypadku jak opisałaś do nich mówi, to często nie można inaczej postąpić. Po prostu się nie da walczyć z “geniuszem” istot obok żyjących… Nic tylko zostaje nam szkolenie się w dalszej sprawności swojego przetrwalnika 😉

  3. Padam Ci do nóg,jesteś W I E L K A.
    Ja też lubię sarkazm,ironię wręcz uwielbiam,choć czasem mam ochotę po prostu tak po chłopsku takiej 60++++ powiedzieć “a weź się odpierdol”.
    Choć raz prawie tymi słowy poczęstowałam takie coś w Casto.Bo mi już normalnie ciśnienie podniosła do granic.
    Ja to jak ekspres ciśnieniowy-czasem muszę parę spuścić.

  4. Odpowiedź pierwszorzędna. Ja pamiętam jak stoję w biedrze z moją młodszą córką . Kolejka do kasy gigantyczna . Mała marudzi a tu nagle pani kasjerka woła zapraszam do kasy obok. No więc idę. W ostatniej chwili taranuje mnie wózkiem właśnie taka pani jak z Twojej opowieści. Mojego dziecka o mało co z tego siedzonka nie wywaliło. Mówię więc grzecznie żeby uważała a poza tym byłam pierwsza. Na to ona ,że ma małe chore dziecko w domu (pani 60+) i się spieszy a tak w ogóle to te matki z dziećmi się bardzo bezczelne zrobiły ostatnio i do tego dzieci to powinny w domu siedzieć a nie po sklepach się włóczyć. No to ja jej mówie paaaniii dom to trzeba pierwsze mieć żeby można w nim dziecko zostawić.

    • Ja bym jej powiedziała, że skoro dziecko ma siedzieć w domu to ona w takim razie niech idzie na przystanek bo jak będzie jechał autobus to nie zdąży zająć miejsca dla swoich toreb 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *