Matka Torpeda
Matka Torpeda

Cyberchondria czyli choroba XXI wieku.

Kolejki do lekarzy długie, wizyty prywatne drogie, a w trakcie czekania na połączenie z rejestracją, melodyjka zapętla się już ósmy raz. Wciąż nikt nie odbiera. Słowem: Polska Służba Zdrowia ma mnie w nosie, więc zdiagnozuję się w internecie. Szybko, prosto i z szeroką gamą rozwiązań? Tylko doktor Google czyli nasz lekarz pierwszego kontaktu.

Cyberchondria czyli choroba XXI wieku.

Cyberchondria, może jest terminem mało używanym, ale za to dość często stosowanym. Szacuje się bowiem, że :

Przez internet diagnozuje się 1,5 mln Polaków. Częściej diagnozują się kobiety niż mężczyźni.  ((badanie Gemius 2014rok))

Czy ten wynik kogoś jeszcze dziwi? Mnie ani trochę. Coraz więcej Polaków diagnozuje się przez internet, zamiast udać się na wizytę do POZ. Doktor Google nie dość, że szybko stawia diagnozę, nie dość, że nie bierze pieniędzy to jeszcze szybko i skutecznie znajduje rozwiązanie na każdą chorobę. Same plusy! Nie to, co te konowały, „które tylko recepty przepisujo, a nie leczo”. Taki doktor Google to nie dość, że się zna na ortopedii, ginekologii i stomatologii, to jeszcze Ci powie jak przebiegnie Twoja operacja trzustki bo jak już wiemy: Twój ból w łopatce świadczy o raku trzustki. Na szczęście szybko wykrytym przez doktora Google, który szybciutko tłumaczy Ci postępowanie w leczeniu oraz przedstawia, jak będzie wyglądała Twoja operacja.

„Objawy tętniaka mózgu” czyli od tętniaka do raka.

Aż mam ochotę sparafrazować tutaj słynną piosenkę „Do lataaaa, do laaataaa” na „do rakaaaa, do raaaakaaa” – bowiem tylko do raka, prowadzi nas zazwyczaj diagnoza doktora Google. No może czasem jeszcze do tętniaka mózgu albo aorty brzusznej.

Wiecie, że hasło: ból głowy” jest wpisywane do wyszukiwarki Google 18 100 razy miesięcznie? Oznacza to jedynie tyle, że 18 100 osób miesięcznie szuka informacji czy diagnozy na temat bólu głowy w internecie, zamiast pójść do lekarza i dowiedzieć się jakie naprawdę może mieć problemy ze zdrowiem. I czy w ogóle jakiekolwiek ma.

Teoretycznie nie ma w tym nic złego, po to Bozia dała nam internet i wujka Google, żebyśmy z tego korzystali i się poniekąd dokształcali. Problem robi się wtedy, kiedy zaczynamy ufać wyszukiwarce internetowej bardziej niż lekarzowi, który ukończył studia oraz stosowną specjalizację, o praktykach i doświadczeniu nie wspominając.

„Miałam te same objawy, to był rak” Basia, lat 39.

Czyli najbardziej straszący post wśród wszelkich uczestników forum internetowego. MIAŁAM TO SAMO/ MIAŁAM TE SAME OBJAWY oraz jakże potrzebne w każdym poście: „NIE CHCĘ CIĘ STRASZYĆ, ALE…”

Uwielbiam. No kocham po prostu, jako była cyberchondryczka. Hasło: „Nie chcę Cię straszyć, ale…” daje naszej wyobraźni pełne pole manewru, a Halince, uczestniczce forum pełne pole do popisu. Bo ona nie chce nas straszyć, po prostu chce nam uzmysłowić, że ból małego palca to może być rak, który daje już takie przerzuty, że buty do trumny powinny stać wypastowane. A Ty głupia zamiast pastować to pomocy na forum szukasz, nonsens!

Jak powszechnie wiadomo, trochę ciemniejsza flegma, która Ci się zbiera z rana po katarze tak naprawdę nie może być zwykły objaw przeziębienia. To z pewnością przerzuty do płuc albo co gorsza, już samo raczysko płuc. No i co, że nie palisz? Według objawów doktora Google, wszystko się zgadza, a więc diagnoza jest jednoznaczna: TO RAK. I to taki, że na Twoim miejscu zastanowiłabym się, który makijaż będzie się idealnie komponował z dębową trumną.

Cyberchondria: definicja.

 

Cyberchondria czyli wzmożone, nieuzasadnione martwienie się objawami, które daje nasz organizm. Wzmożone martwienie spowodowane jest przeglądaniem wyników wyszukiwania chorób oraz objawów w internecie.

 

I teraz, jestem pewna, że wiele z Was rzuci: „OMATKOBOSKOTORPEDOSKO, jestem Cyberchondryczką!!!!!”. Czyli kolejna diagnoza została postawiona. Niewidzialna pieczątka widnieje, a leczeniem powinien być detoks od wyszukiwarki Google. Mimo zabawnego ujęcia tematu, warto pamiętać, że wyszukiwanie objawów chorób w internecie oraz doszukiwanie się później schorzeń u siebie, jest groźne dla naszego życia lub zdrowia. I piszę to całkiem serio, bowiem wiele jest osób, które czytając diagnozę w internecie, szukają sobie suplementów lub leków OTC (leków dostępnych bez recepty) i wdrażają sami sobie leczenie.

Google diagnozuje, Google podrzuca suplementy oraz leki OTC, później sami się leczymy, a koniec końców i tak szpitalne SORy ratują nam życie.

Przychodzi baba do lekarza z gotową diagnozą.

Kiedy usłyszałam to pierwszy raz, zaczęłam się śmiać. Jak można iść do lekarza z diagnozą? Przecież do lekarza idziemy po diagnozę. Otóż, coraz częściej lekarze muszą mierzyć się z pacjentami, którzy swoje objawy wygooglowali więc przyszli jedynie po receptę, którą zaleciła im wyszukiwarka oraz osoby na forum.

I tak przychodzi człowiek z ostrym zapaleniem zatok, czekając na receptę z antybiotykiem, a po krótkim badaniu okazuje się, że wystarczy coś na rozrzedzenie wydzieliny bo żadnego ostrego zapalenia zatok po prostu nie ma.

Google daje wynik: BIAŁACZKA OSTRA. Zmęczenie? Siniaki? Senność? No wypisz, wymaluj! Do lekarza idziesz jak na ścięcie, właściwie nie wiesz po co, skoro diagnozę już masz. Zbyt dużo objawów się zgadza, zbyt wiele osób na RÓŻNYCH FORACH (co daje oczywiście wyższy poziom wiarygodności w internetach) miało te same objawy i podobne sytuacje życiowe! Buty do trumny czekajo w przedpokoju, a Ty wychodzisz tajniakiem do lekarza.

Nagle świat usuwa Ci się spod stóp. Okazuje się, że ostra białaczka okazała się przemęczeniem oraz lekką anemią. Mało tego, powiedział Ci to człowiek po studiach, z wieloletnią praktyką oraz stażem liczącym tryliony wyleczonych pacjentów. To jednak nie przekreśla w Twoich oczach doktora Google, wręcz przeciwnie: zaczynasz się z nim kumplować, chowając tym razem trumniane buty. Bo może będą potrzebne przy kolejnej diagnozie, którą sobie postawisz?

Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie leczył się u doktora Google

No nie znam. Nie znam człowieka, który ani razu w życiu nie wpisał sobie do wyszukiwarki swoich objawów, a później nie przeraził się wynikami, które pokazał Doktor Google.

Bo Google nigdy nie pokaże przeziębienia/grypy/osłabienia. Google działa jak Endrju Gołota w pierwszej rundzie: od razu z mocnej lewej. Albo Ci wyjdzie rak albo tętniak, albo przy odrobinie szczęścia ostre zapalenie czegośtam, co może uratować tylko jeden szpital na świecie podczas turboskomplikowanej operacji. Przy weryfikacji zrzutki na siepomaga, nagle trzeźwiejesz bowiem wymagają wyników badań, a Ty takich nie posiadasz. Zrzutkę na Twoje leczenie ostatecznie zawieszasz, aż lekarz potwierdzi i wystawi papier. Papier, który ostatecznie nie zostanie wypisany. Chowasz wieniec z napisem “ostatnie pożegnanie” do szafy.

Czasami trafiają do mnie pacjenci w zaawansowanym stadium choroby, którzy długo zwlekali z wizytą, bo np. rozpoznali u siebie hemoroidy, a w rzeczywistości był to nowotwór okrężnicy – przestrzega dr Remiszewski” (źródło: www.womenshealth.pl)

Osoby, które zbyt łatwo wierzą w diagnozy doktora Google oraz słowa internetowych uczestników forum, często swoje drzwi wolności znajdują dopiero u psychoterapeuty, który pozwala im uwolnić się ze szponów pochodnej hipochondrii czyli cyberchondrii.

To naprawdę jest groźne dla zdrowia schorzenie. Możemy się z tego śmiać, wyszydzać i rozmawiać o tym w towarzystwie bo przecież “każdy sprawdza objawy chorób w Google”, ale taka wiara w internetowe prawidła może skończyć się tragicznie. Wciąż ufamy doktorowi Google oraz jego asystentce Wikipedii, zamiast wierzyć lekarzom, którzy skończyli studia oraz posiadają odpowiednią wiedzę i kwalifikacje do tego, aby nas leczyć. A co ważne: ich zadaniem jest nas WYLECZYĆ.

“Pani doktor, moja ciąża obumarła…”

… rzuciłam, siadając na krześle i wskazując na wynik TSH w karcie ciąży. Jedyne, co wyrażała mina mojej ginekolog to turboprzerażenie pomieszane z niedowierzaniem. Ale ja wiedziałam, byłam w 100% przekonana, że dziecko, które nosiłam pod sercem – prawdopodobnie już nie żyje.

Kiedy odebrałam wyniki TSH, moja norma została przekroczona tyle razy, że połowa z mojego wyniku kończyła się śmiercią zarodka, a co dopiero taki wynik, który miałam ja! Przepłakałam dwa dni, bowiem tyle musiałam czekać na wizytę u ginekologa od momentu odebrania wyników od endokrynologa. Panikowałam i zastanawiałam się, czemu to spotkało właśnie mnie. Co takiego zrobiłam, że moje dziecko umarło nim zdążyłam je w ogóle zobaczyć? Przestałam odczuwać objawy ciąży: koniec z tkliwością i bolesnością piersi, koniec z pobolewającym podbrzuszem. Koniec z sennością. Przestałam odczuwać objawy ciąży? Ciąży już nie ma.

Oczywiście, że nie dałam sobie wtedy przemówić do rozsądku,  że objawy I trymestru, kiedyś się skończą. Psychika działała na “negatywnym przekazie” i jedyne co sobie wbijałam to nerwy, strach i płacz. Dodam, że był to ten etap ciąży, gdzie jeszcze nie czułam ruchów więc wyobraźcie sobie moją nakręcającą się spiralę wyobraźni. Pełne pole manewru! Podwyższone TSH w ciąży + brak objawów, które towarzyszyły mi przez cały pierwszy trymestr + diagnozy doktora Google dot. podwyższonego TSH w ciąży, zrobiły swoje.

– Proszę pokazać wyniki – rzuca Ginekolog, spoglądając na kartę ciąży zamiast w moje przerażone oczy

– Proszę – podaję trzęsącą się ręką

– Pani Torpedo, robimy tak. Lekarzem prowadzącym tutaj jestem JA, nie internet. Więc teraz zejdziemy z tych krzeseł i podejdziemy posłuchać bicia jego serca, a w momencie kiedy Pani je usłyszy JUŻ NIGDY nie będzie pani diagnozowała swoich wyników z internetem, okej?

– Ale ja… – próbuję wtrącić

– Idziemy słuchać bicia serca, które raz na zawsze ma skończyć diagnozę wyników w internecie! Internet to nie lekarz. Nie każda pacjentka jest taka sama. Nie każde wyniki, które są takie same – świadczą o tej samej chorobie. Pacjent to nie robot Google!

– Ale przecież są normy TSH w ciąży, które ja mocno przekroczyłam, w dodatku dużo kobiet miało takie same… – próbuję wtrącić

– Pani Torpedo! Kładziemy się, zobaczymy czy rację ma internet czy lekarz.

Po kilku sekundach do moich uszu doszło wyraźnie, miarowe bicie serca mojego syna. Syna, który żył i rósł. Syna, który miał się świetnie, mimo że jego mama przepłakała ostatnie dwa dni, myśląc, że nie żyje.

Syna, któremu dałam nerwy bez żadnych podstaw. Sprzedałam mu ostrą dawkę kortyzolu, tylko dlatego, że jakaś “Grażynka87” miała takie same wyniki TSH w ciąży, co ja i jej ciąża obumarła. Zapomniałam o jednym: Ja nie jestem Grażynka87 i nie żyję w internecie, a nic, NIGDY nie zastąpi nam prawdziwego badania przez prawdziwego lekarza.

Pamiętajmy więc, że diagnozowanie i leczenie się za pomocą doktora Google i jego asystentki Wikipedii, w najlepszym wypadku skończy się dla nas nerwami i strachem, a w najgorszym: poważnym uszczerbkiem na zdrowiu lub nieodwracalnymi zmianami w naszym organizmie.


Zespół przymkniętego oka.

 

Więcej mnie, znajdziesz tu: KLIK.

I tu: KLIK.

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

2 Responses

  1. Nie unikam internetu.Ale jako człowiek urodzony i wychowywany w innej epoce ( bez kompa,interneta,komórki ) nie żyję w cyberprzestrzeni i cieszy mnie to. Owszem,czasem wchodzę na strony medyczne ale po informacje czysto techniczne. Tak jak ostatnio-od żywego lekarza miałam skierowanie do badań i pisało coś o jakich spondylazach-więc poczytałam czego to dotyczy.Albo czym się różni proteza porcelanowa od akrylowej bądź szkieletowej.Takie rzeczy które mogę sprawdzić sama a nie zawracać głowę lekarzowi.
    A głównie internet służy mi do czytania Matki 😀 😀 Bo newsy na portalach to mnie doprowadzają do białej gorączki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *