Matka Torpeda
Matka Torpeda

Podsumowanie Matki Torpedy na 2019

Ciężko wybrać jest TOP OF THE TOP z mojego Facebookowego Fanpage’a. Ciężko dlatego, że nie każdy śmieje się z tego samego. Właśnie dlatego postanowiłam, że podsumuję moje Facebookowe dwanaście miesięcy starego roku – dwunastoma anegdotami z mojego fanpejdża, wybierając te, które według Waszych opinii najbardziej poprawiły Wam humor w danym miesiącu.

Tak więc zapinamy wagoniki i jedziemy z tym pociągiem…

Zawsze zasypiam później niż Igrek. A wiedzieć musicie, że ten On to ma swoją pozycję do spania, która musi być zrealizowana bo inaczej dostaje zespołu niespokojnych nóg. Jego jedna noga musi być na mojej nodze, a ręka koniecznie musi być na mnie zarzucona. Słowem: śpimy na łyżeczkę.

I tak wczoraj śpi łajza, a ja biegam po social mediach kciukiem bo ni cholery zasnąć nie potrafię. Naglę czuję – oho, siku idzie – biorę więc łapsko Igreka i próbuję odrzucić na bok, uwalniając się z uścisku. Niestety – ni chuja – zamiast zwolnić, dociska mocniej.

Myślę sobie śpi za twardo więc nie dam rady. Zsikam się, zleje do łóżka bo innego wyjścia awaryjnego nie widzę. Próbuję jednak drugi raz odrzucić rękę, a ta w odwecie ściska mnie tak, że nie dość, że zaraz się posikam to jeszcze uduszę bo mi tlenu zaczyna brakować:

– Jasna cholera obudź się! Ej! Obudź się! Siku muszę – rzucam ostro, szturchając łajzę

Zaciska mnie mocniej w sposób taki, że nie potrafię się oderwać od materaca:

– Wstawaj w tej chwili!! No co Ty robisz? Oszalałeś? Udusić mnie chcesz?! – rzucam nieco głośniej

Nagle otwiera oczy, głową kręci jak papuga w klatce:

– To Ty?! – rzuca, marszcząc brew

– No jak sobie udusisz to wtedy zmienisz, ale jak na razie to wciąż ja. Chciałam iść siku, a Ty zamiast zwolnić uścisk to mocniej mnie przyciskałeś!

– A daj spokój, koła dokręcałem i jedno to koło właśnie mi ciągle odskakiwało. To próbowałem właśnie dociskać ręką i nogą blokować. Skąd mogłem wiedzieć, że to TY?! I że w dodatku chce Ci się siku?!

Dzisiaj krótka historia, która bardzo DOBITNIE uzmysłowiła Igrekowi jak wielkim wzorem jest dla swojego syna. Otóż wiedzieć musicie, że staruszek puchnie z dumy jak Młody rozpoznaje wszystkie marki samochodów po znaczkach. Jest wręcz wniebowzięty, że Młody swoim zabawkowym śrubokrętem zmienia koła w swoich samochodzikach. A dodatkowo łechta go fakt, że w ogóle go do tego nie pcha – Młody sam od siebie się tym interesuje.

Generalnie przyjęłam to na klatę, że w genowym starciu Igrek zmiażdżył moje geny niczym Tajson – Gołotę.

Młody robi wszystko to co tata, jeść wtedy kiedy tata, pić ‘kawę’ tak jak tata i nawet siedzieć chce tak jak tata. Mama jest spoko, ale wiadomo TATA to TATA.

Wracamy więc sobie dzisiaj ze sklepu, dojeżdżamy pod blok, gdy nagle z tylnej kanapy dobiega nas głośne:

„Zobac tata! Zaś ten pędzel stanął na nasym palkingu! I telaz nie mamy miejsca, no co za ciul!”

– Mówiłaś, że mamy w domu kropelkę – rzuca obrażony Igrek

– No bo mamy

– Ciekawe gdzie skoro ja CAŁE mieszkanie obszukałem i nie ma – mruczy pod nosem

– Całe mieszkanie to znaczy w Twoim przypadku, że jedną szufladę obszukałeś, tak?

– Nooo, ale tę szufladę w której teoretycznie miała być ta kropelka według Ciebie, a NIE MA!

– Jest.

– NIE MA MÓWIĘ KOBIETO! – krzyczy z kuchni

– Jest. Dokładnie w tej szafce w której teraz szukasz – odpowiadam zgodnie z prawdą

– No co za baba no.. Wszystko wywaliłem z szafki, rozumiesz? NIE MA!!!

Odkładam laptopa. Wstaję i wzdycham, wchodząc do kuchni. Spoglądam na otwartą szufladę, podchodzę i wyciągam kropelkę. Kładę ją na blat i patrzę człowiekowi Igrekowi prosto w oczy. On patrzy w moje, świdrując je niczym wiertara udarowa. Widzę, że czoło zaczyna mu się marszczyć, znaczy – myśli:

– To jest nie możliwe co Ty zrobiłaś w tej chwili. Tej kropelki naprawdę tam nie było!

– Była Igrek.

– Nie było, przecież… naprawdę jej nie było!

– Mam ją włożyć tam jeszcze raz, żebyś poszukał jej od nowa?

– Nie, nie. Daj już. Ty masz jakieś dziwne moce. Gdybyś żyła wcześniej to na bank by Cię na stosie spalili za te moce

– Jeśli by mieli mnie palić faceci to najpierw musieliby znaleźć zapałki, a znając życie to by twierdzili, że „NIGDZIE NIE MA BO SZUKALI”

Byliśmy dziś z niemężem w Ikei do której jeździmy średnio raz na rok, jak nie rzadziej bo to taka droga przez mękę dla niego, że klękajcie narody. Ikea jest bowiem taką Męską Drogą Krzyżową.

Wystarczy spojrzeć na miny tych wszystkich cierpiętników niosących na plecach żółto – niebieskie torby wypchane świeczkami zapachowymi. Wystarczy zerknąć na ich błagalny wzrok, mówiący: „Weź już kurwa tę świeczkę i wyjdźmy stąd nim mnie jasny chuj strzeli!”. Wystarczy dostrzec tę nić porozumienia między mijającymi się mężczyznami w alejkach z napisem: „Dodatki”. To jest zupełnie tak, jakby Oni wszyscy szli ku zbawieniu, a tymże zbawieniem jest nic innego jak strzałka napisem „KASY”.

Dzisiaj tak sobie obserwowałam i zauważyłam ból, cierpienie oraz smutek w momencie, kiedy odwiedziliśmy stację numer trzy: TEKSTYLIA – wkurwienie drugie.

Igrek oczy wywracał w każdą możliwą stronę świata. Kiedy pytałam czy brać poduszkę w „krowie placki” czy lepiej w kropki to widziałam jak mu ciśnienie spada choć nie miałam przy sobie ciśnieniomierza.

Stacja czwarta: OŚWIETLENIE – wkurwienie ósme.

Prezentując łonemu lampę miałam dziwne wrażenie, że najchętniej wsadziłby mi ją w tyłek. Z racji braku zainteresowania z jego strony, rzuciłam z fochem, że w takim wypadku będziemy siedzieć po ciemku. On jeszcze nie skojarzył, że siedzenie po ciemku w teorii oznacza kupno tysiąca świeczek zapachowych.

Stacja piąta: Wyposażenie kuchni – wkurwienie pięćdziesiąte.

No tutaj daję słowo, myślałam, że usiądzie z tym swoim niebieskim tobołkiem na plecach i się chłopina popłacze. Byłam wręcz pewna, że zaraz się podda i zacznie błagać przechodzących obok niego ludzi, żeby napoili i pomogli mu znaleźć drogę do wyjścia. Ale nie… jednak wstał, dźwignął ciężar i ruszył dalej. Ruszył, dochodząc już prawie do celu Wiedział jednak, że przed nim jeszcze jedna. NAJGORSZA Z NAJGORSZYCH STACJI.

Stacja szósta: ŚWIECZKI ZAPACHOWE – wkurwienie sięgające zenitu.

Przez kilka pierwszy lat nie mógł się nadziwić: co za debil nazwał zapach świeczek „lody waniliowe”. Teraz już się nie dziwi, nawet pytać przestał. Po tylu wspólnych latach, wchodząc ze mną do Ikei na dział świeczek po prostu uchyla torbę i przyjmuje na swoje barki kolejny dziwny zapach, który wyląduje na naszym paragonie.

Kiedy więc ja krążyłam nad świeczkami niczym sęp nad padliną – Igrek ostatkiem sił zmierzał w stronę kas. Widział je, już prawie czuł. Już miał pewność, że są w zasięgu jego ręki, ale nie byłabym sobą gdybym sobie jeszcze nie przypomniała, że oprócz świeczek tych dużych – brak nam w domu tealightów, a więc musimy się wrócić na początek działu ze świeczkami.

Na całe szczęście ktoś wymyślił stację ostateczną, ku uciesze wszystkich smutnych mężczyzn, chodzących ze swoimi żonami po Ikei:

STACJA: HOT DOGI ZA ZŁOTÓWKĘ – ZADOWOLENIE PIERWSZE.

– Mamooooooo plosęęęęęęę nieeeeeeeeeee – dobiega do uszu moich sąsiadów

– Mamooooooooo nieeeeeeeeee, zostaw plosę! Mamo!!! – słychać z naszego mieszkania krzyk trzyletniego chłopczyka

Chwila przerwy tylko po to aby nadszedł płacz ostateczny. Taki wiecie, trzyletni spazm zupełnie jakbym tego trzylatka przypiekała na ruszcie niczym dorodnego świniaka

– Zostaw mamo, mamusiu zostaw już plosę! – drze się jak stare prześcieradło, a sąsiedzi na bank już googlują numer do najbliższego MOPSu.

Nagle cisza. Syn klęczy na podłodze, twarz chowa w swoich malutkich rączkach. Jego trzyletni żywot i poczucie bezpieczeństwa właśnie zostało zaburzone. Wołał, błagał, prosił – na nic. Wyrodny rodzic, czyli ja – całkowicie zignorowałam jego potrzebę autonomii…

… i wytarłam mu JEGO kozę, wystającą z JEGO nosa.

Siedzimy sobie na RODOS, a syn mój bawi się ze swoim kuzynem. Panowie obaj lat trzy, z delikatnym hakiem. Nagle matka małego człowieka numer dwa, a prywatnie moja szwagierka pyta syna swego:

– Ej, a gdzie Ty masz swojego loda?

Na co z piaskownicy wydobywa się brudny trzylatek i otrzepując się z piasku, rzuca:

– Wyjebałem go o tam, a cemu pytas?

Idąc, debatujemy z Igrekiem nad sprawami ważnymi. Jesteśmy przecież dorośli, a jak wiadomo dorośli rozmawiają TYLKO o poważnych sprawach. Znaczy to tyle, że zastanawiamy się właśnie czy na kolację robimy sałatkę z kurczakiem czy jednak z tuńczkiem. I tak debatujemy nad wyższością tuńczyka tego wieczoru gdy nagle naszą rozmowę przerywa krzyk Młodego:

– Mama!!!!! Tata!! Chodźcie tam! Szybko! – rzuca przejęty do granic możliwości

– Co jest? – pytam lekko poruszona bo wiem, że na tych terenach spotkać dzika to ne problem

– Tam! Chodźcie szybko! Tam się kaczki jebają!!!

KAŻDY rodzic zna to uczucie jak dostaje się mentalnym młotem w łeb. Mózg robi ERROR, przestaje działać, a oczy rozchylają się do niebezpiecznych granic.

– Jeszcze raz, spokojnie syn. Co tam się dzieje? – rzuca Igrek

– No kaczki się jebają!

– Co robią kaczki? – wtrącam bo słyszę, że Igreka łapie śmiech

– Mamo, psecies Ci mówię! Jebają się! – odpowiada, ewidentnie poirytowany

Milczę. Mózg swój próbuję patykiem dźgnąć.

– Synku, ale co to znaczy, że kaczki się je… jezu… jebają?

– No tak normalnie! Dziobami się jebają!

– Aaaaaa dziobami się dziobają, tak?!

– No przecież mówiłem!! – rzuca urażony po czym wsiada na rower i jedzie dalej.

Są dni kiedy o dziesiątej rano mam już przygotowany obiad, upieczone ciasto i odpisuję na osiemdziesiątego maila, jednocześnie mieszając zupę i wycierając kurze.

Są dni kiedy uśmiech posyłam każdemu kogo mijam. Nawet, jeśli ten ktoś spogląda na mnie niezbyt przyjaźnie. Serio, mam takie dni.

Są też i takie dni jak dzisiaj, kiedy próbuję zapłacić za zakupy w LIDLU, kolekja się za mną powiększa, a terminal odmawia posłuszeństwa:

– Ja nie wiem dlaczego nie łapie. W poprzednim sklepie zapłaciłam bez problemu – rzucam do kasjerki

– Wątpię. Przykłada Pani do terminala kartkę z NFZ. U nas za zakupy to NFZ nie płaci.

Dziś, kiedy robiłam ciastka, które wyglądają jak mielone – przypomniała mi się historia sprzed kilku lat. Byliśmy wtedy z Igrekiem w związku bezdzietnym więc wiedliśmy żywot lambadziarzy w kawalerce. Dziecka w planach nie było, ale ja miałam w planie ciasto. Niestety, dzień był „nie bardzo”, że tak to ujmę, a w dodatku Igrek podnosił mi ciśnienie od samego rana i mimo szczerych chęci nie potrafiłam zmienić do niego nastawienia. Nic mu nie pasowało, łaził i zrzędził, a mi się zaczęło to udzielać. Wiadomo: foch jest jak wirusówka – przechodzi na drugiego z prędkością światła.

– Wiesz co, Ty mi w ogóle nie pomagasz

Na co usłyszałam, że On nie ma ochoty na ciasto więc nie będzie mi pomagać. Teoretycznie miał rację, ale w praktyce wkurwiał mnie od ósmej rano, a była już osiemnasta więc poziom mojego wkurwienia zamykał mi skalę.

– Dobra. Mów co mam robić – rzucił, stając za mną w kuchni

– Ubij pianę z białek na sztywno – rzuciłam i postawiłam przed nim miskę, a do miski wrzuciłam widelec.

Więc usiadł przy stole i ubijał. Widelcem. Dopiero jak skończył to mu powiedziałam, że jednak mikserem to by miał szybciej.

– Mamoo, a babcia dzisiaj oglądała chuje w sklepie! – rzucił Trzyletni drepcząc obok mnie

– Co babcia w sklepie oglądała?

– No.. chuje – dodaje poważnie

– W jakim Ty sklepie byłeś z babcią ? – pytam, marszcząc brew

– No w casotramie bo babcia mówiła, że tam jest najwięcej chuji – odpowiada, wzruszając ramionami.

Zastanawiam się więc czy zacząć się śmiać czy myśleć. Ostatecznie wybieram to drugie i staram się połączyć kropki:

– Aaaaa thuje babcia na ogródek oglądała, tak?

– Mówiłem przecież, że chuje oglądała!

– Ale to z pomidorem czy bez ? – pytam trzyletniego

– Cooooooooooooo? – dobiega mnie z jego pokoju

– Z pomidorem czy bez? – ponawiam pytanie

– Coooooooooooooooooooooooo?

– Chryste Panie. Z pomidorem czy bez ? – pytam, robiąc voljum ap

– Coooooooooooooooooooo?

– Jajco – mruczę pod nosem

Nagle zza moich pleców dobiega mnie:

– Mamo, czemu mówisz tak brzydko?

– No i co jeszcze robią robotnicy? – rzuca pediatra w stronę Trzyletniego

– Remontują, budują. Różnie, wiesz? – odpowiada, grzebiąc w pudełku z naklejkami „dzielny p[acjent”

– No tak wiem, wiem. A to Ty też jesteś budowlańcem, tak?

– Nie. Ja jestem policjantem, a czasem naprawiam auta – mruczy pod nosem Trzyletni, kopiąc w naklejkach jak dzik w kartoflisku

– A czym Ty naprawiasz te auta?

– No… młotkiem – odpowiada, zupełnie jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie

– Auta naprawiasz młotkiem? Takim zwykłym młotkiem?

Nagle Trzyletni odkłada naklejki, bierze głęboki wdech i ewidentnie poriytyowany zestawem pytań rzucaL

– Nie. Ja mam młotek taty, a młotek taty nie jest zwykły.

– A to jest jakiś niezwykły, tak? Magiczny?

– Nie. Zajebisty jest!


Dziesięć najlepszych cytatów o rodzicielstwie.

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

3 Responses

  1. Co do przygody kwietniowej to szczerze,z ręką na sercu łączę się w bólu z Igrekiem.
    Byłam tam ostatniej niedzieli- po kilku metrach miałam tak dość ,że do wyjścia parłam jak czołg,głębiej odetchnęłam koło Agaty dopiero. Nie byłam w Ikei od jakiś 4 lat i na chiny ludowe nie zajrzę tam kolejne 15. Ament.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *