Matka Torpeda
Matka Torpeda

Cinquecento pływające po żuławach.

Zaczyna się od tego, że jestem. Jestem ciągle. Nawet w środku nocy, kiedy dzwoni telefon.

Jestem, kiedy koleżanka po raz tysięczny „musi, bo się udusi” się wygadać.

Jestem, kiedy klient prosi o zrobienie zlecenia „najlepiej na wczoraj Pani Torpedo”.

Jestem, kiedy telefon dzwoni za telefonem.

Jestem, kiedy kolejna koleżanka koniecznie musi ze mną porozmawiać, bo ma problemy w życiu.

Jestem, kiedy mój syn zadaje mi 5939849 pytanie w ciągu ostatnich pięciu minut.

Jestem, kiedy dzwoni klient, który dzwoni do mnie sto razy dziennie, zapytać o każdą pierdołę.

Jestem, kiedy mój syn koniecznie coś chce na JUŻ, a ja akurat muszę odebrać kolejny telefon.

Jestem wtedy trochę tu i trochę tam. Jestem trochę głową u klienta, trochę głową z dzieckiem.

Jestem trochę na zakupach, a trochę dalej w pracy, bo telefon ciągle dzwoni.

Jestem ciągle słuchaczem, który zapomniał kupić sobie wiadra, na wszystkie problemy, które zwalają na mnie inni.

Jestem, a potem umieram.

Umieram średnio co kilka miesięcy. Z gigantycznego powera, który wychodzi gdzieś ze środka, nagle tracę wszystko. Tracę oddech, kontrolę nad ciałem i umysłem, a co najważniejsze – tracę chęć do życia. Jeśli mnie znajdziesz, to tylko w sypialni z zapłakanymi oczami, jedzącą suche bułki i pijącą śmierdzący czystek.

Umiera się po to, żeby żyć.

Nie rozumiałam i chyba troszkę nie rozumiem do dnia dzisiejszego – czym jest odpoczynek. Nie mam takiego hasła w moim życiowym słowniku. Nie stosuję go i nie liczę się z nim. Nie mam na niego czasu.

Potrafię załatwiać osiemnaście spraw naraz, przybijać faktury, a na telefonie słuchać problemów koleżanki, która w sumie to ma całe życie problemy.

Potrafię za chwilę odpisywać na maila, robić dziecku obiad i odebrać kolejny telefon, wysłuchując kolejnej historii życia, która nie ma nic wspólnego z przyjacielską rozmową, bardziej z psychoterapią na telefon.

Potrafię tak żyć tydzień, dwa, czasami miesiąc, a czasami pół roku. Nie odpoczywam, nie czyszczę głowy z emocji. Biorę to wszystko na siebie i budzę się z tym każdego dnia. Nie czuję tego, nie przejmuję się tym. Staram się to odciąć od myśli i emocji. Udaję, że tego nie ma.

Każdy jest menadżerem swojego życia.

Będąc ciągle dla wszystkich – biorę na siebie więcej, niż jestem w stanie udźwignąć. Wysłuchuję problemów, które nie mają ze mną nic wspólnego, omawiam biznesowe plany, które mnie nie dotyczą, a później jak gdyby nigdy nic robię dziecku kolację.

Nie daję sobie prawa do wypuszczenia myśli czy emocji, bo ciągle coś robię. Gdzieś jadę, z kimś rozmawiam. Wielokrotnie marzyłam o wiadrze, które pomieści te wszystkie pomyje, zaśmiecające mi głowę. Pomyślałam, a potem odebrałam telefon.

Dziś postanowiłam to tutaj zostawić. Zwymiotować tu emocjonalnie, żebyście wiedziały i wiedzieli
(tak Panowie, pamiętam o Was), że KAŻDY ma w swoim życiu zjazd na głębokość żuław wiślanych. Każdy kiedyś krzyczy, każdy kiedyś ma dość, każdy kiedyś płacze. Każdy ma tak dość, że emocjonalnie klęczy.

Ja osobiście udaję czołg, podczas kiedy w środku jest małe cinquecento, które ledwo jedzie. Olewam sygnały organizmu, olewam zmęczenie, olewam odpoczynek, hamuję płacz… bo nie mam na to czasu, jeszcze coś muszę zrobić. I jeszcze to, a i tam muszę oddzwonić.

A później dryfuję na emocjonalnych Żuławach Wiślanych…

Lecę w dół, nawet nie próbując machać rękami, nie próbując się ratować. Poddaję się całkowicie i lecę z nurtem. Kończę w sypialni z suchymi bułkami, ziołową herbatą i płaczem, który trzymałam w sobie miesiąc, dwa albo pół roku. Nagle całe moje ciało zaczyna krzyczeć, a ja się poddaję, bo już nie mam siły. Siła została gdzieś między jedną rozmową z koleżanką, a drugą pieczątką na fakturze.

Została gdzieś w tyle, a mi zostało się poddać. I umrzeć w żuławach wiślanych. Słyszę tylko głos Igreka mówiący: „Mówiłem, zwolnij”

Ustąp pierwszeństwa samej sobie.

Tego się próbuję uczyć, ale nauka mi nie wychodzi. Każde żuławy wiślane w moim życiu powinny dawać mi lekcję, a nie dają żadnej. Jestem w tej dziedzinie bardzo mało pojętną uczennicą. Wciąż zapominam, że nie powinnam traktować siebie tak poważnie, bo nikt poza mną tego nie robi.

To, że ktoś jest „osobą z internetu”, która na pozór ma wszystko piękne, idealne czy malowane jak z obrazka, to nie znaczy, że nie umiera średnio raz na miesiąc.

Pamiętajcie. I dbajcie o siebie!

Matka Torpeda.

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

5 Responses

  1. Chciałabym napisać coś mądrego, pocieszającego itd, ale… wszyscy jesteśmy z tobą. Wiemy, że jeśli się nie odzywasz, to znaczy, że masz inne WAŻNIEJSZE sprawy do załatwienia. Wiesz, czasem chciałybyśmy/chcielibyśmy siedzieć i razem z tobą żreć te suche buły 😉 i jeszcze jedno… pamiętaj, że nie każdy telefon musi być odebrany. Nie musisz słuchać żadnych problemów… obwieść wszystkim, że przynajmniej 3 razy w miesiącu potrzebujesz, żeby się odpier***. Wyłączasz/wyciszasz telefon, rzucasz go w najdalszy kąt mieszkania i żyjesz 🙂 Ja tak robię, pomaga 🙂

  2. A ja czasem żałuję, że emocje wylewają się ze mnie często, czasem za często 🙁 źle wypowiedziane zdanie i odrobina bezradności powoduje u mnie lawinę płaczu, nieważne czy jestem w domu czy w urzędzie, czasem dołącza do tego krzyk, np. na panią na poczcie, która niczemu nie jest winna a jeszcze gorzej krzyk na dziecko które tym bardziej niczemu nie jest winne 🙁 chciałabym umieć płakać tylko w samotności w swojej sypialni
    Trzymam kciuki za Ciebie :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *