Matka Torpeda
Matka Torpeda

Święcona woda tu nie pomoże

30 grudnia, osiem lat temu, obudziłam się o szóstej rano i spoglądając na spakowaną torbę i odliczone pieniądze, już brałam telefon do rąk, chcąc napisać: „Przepraszam, ja jednak nie jadę”.

Biłam się z każdą myślą, wstawałam i siadałam. Nagle moje myśli przerwał telefon, który pokazał wiadomość: „Kawę kupimy po drodze, za minutę będę po Twoją torbę”

Narzucając kurtkę zimową, stwierdziłam „Jebać to. Co będzie, to będzie”.

Spoglądałam na niego jak na człowieka z kosmosu. Co to są za praktyki, żeby wyprzedzać mój krok? Czemu decyduje, że kawę wypijemy po drodze i skąd w ogóle wie, że lubię kawę ze stacji benzynowej?

Stojąc na orlenie mimo końcówki grudnia, słońce paliło mnie w twarz. Nagle poczułam, że muszę to powiedzieć, bo inaczej wszystko będzie nie fair:

– Słuchaj, lubię kawę z Orlenu i góry, ale nie odbierajmy tego wypadu jakoś zobowiązująco. Jedziemy ze znajomymi, miałeś wolne miejsce w aucie, a poza tym dobrze się dogadujemy i nie chciałabym tego psuć. Naprawdę jest na świecie mało osób, przy których czuję się tak dobrze i nie muszę niczego udawać i zrozum… nie chcę tego stracić – nawijałam bez chwili na oddech

– Jest tak miło, a Ty zawsze musisz dorzucić swoje trzy grosze. Przestań raz w życiu trajkotać – rzucił, biorąc łyk kawy, rzucając we mnie papierkiem z cheeseburgera.

Lubiłam gościa. Żadnego przymilania się, słodkich słówek i zagrywek. Czysta relacja koleżeńska oparta na rozmowie i szczerości. Naprawdę na samą myśl, że moglibyśmy się pokłócić albo oczekiwać od siebie czegoś innego, ściskało mnie serce.

Kilka godzin później stałam na środku górskiej polany w śniegu po kolana. Zachwycałam się pasmem gór, wdychałam mroźne powietrze i próbowałam zastopować czas. Kocham góry od zawsze i mogę się w nie wgapiać godzinami:

– Góry, śniegu po kolana, pizga złem, a Ty oczywiście bez czapki. Czy Ty się babo nauczysz kiedyś czapkę nosić?!

– Nie mów mi jak mam żyć dobrze? – rzuciłam kąśliwie, wracając do widoków.

Nowy rok witaliśmy w typowo góralskiej chacie, na wypizdajewie zasypanym śniegiem. Stare ledwo migocące świąteczne lampki, średnio oświetlały teren.

Lekko przed dwunastą, na jego ramieniu zobaczyłam blondynkę. Widziałam, jak bierze go za rękę i ciągnie w stronę tańczących znajomych. Widziałam jak gra włosami, rzuca wyćwiczone uśmiechy i muska jego policzek. Zakuło.

– Chyba nie jesteś zła? Torpedka? Sama mówiłaś, że jesteście tylko kumplami, a ja mam zamiar wykorzystać go do innych celów niż koleżeństwo, sama rozumiesz – rzuciła, chuchając mi w twarz zapachem góralskiej herbatki z taką ilością prądu, że nawet Tauron takiej nie wytwarza

– Nie skąd. Nawet jego samochód nie jest tak szybki, jak Ty, udanej zabawy – rzuciłam pod nosem i wyszłam zapalić.

Kontemplując nad ulatującym dymem z fajki, pisałam już scenariusz. Wiadomo: znalazł sobie chętną, to o koleżance zapomni. Napisze smsa raz na miesiąc, a później w ogóle się nie będzie odzywać i pewnie przestanie mówić cześć na ulicy. Naturalnie ma prawo, ale nie zmienia to faktu, że jest to kompletnie pozbawione sensu. Z kim ja będę rozmawiać? Godzinami? Z kim się będę śmiać? Kto będzie ze mną jadł parówki w samochodzie na parkingu? Bez sensu.

Unikałam go resztę wieczoru, aż w końcu wybiła godzina, która sprawiła, że uciec już nie mogłam. Petardy, szampan i darcie ryja towarzystwa:

– Życzę Ci, żebyś nigdy nie traciła tego wzroku, który zabija. Żebyś zawsze była sobą, szczerą do bólu i śmiejącą się nawet wtedy, kiedy inni są poważni. Pamiętaj, że mało kto ma tak podobny śmiech do Mutleya – rzucił

– A ja Ci życzę, żebyś kupił sobie auto, które będzie mało paliło, a jednocześnie będzie jechało tak, że aż turbina będzie czerwona. I żeby benzyna spadła do 0,50 gr za litr! O, idzie Twoja blond zdobycz, więc ja ustępuję miejsca. Jeszcze raz szczęśliwego roku i wszystkiego dobrego – rzuciłam, choć serce mi ścisnęło do granic możliwości. To jeden z tych momentów, kiedy życzysz komuś dobrze, choć wiesz, że serduszko Ci się zaraz zmarszczy niczym folia na starej parówce

– Nigdy nie wolałem czarnych, nie mój typ. A już tym bardziej czarnych i wrednych z gotową kąśliwą uwagą w rękawie. Żadnej nie oddałem cheeseburgera, bo kocham żreć. Dla żadnej nie jechałem w trasie ekonomicznie, bo tego nienawidzę. Może i masz zawsze coś kąśliwego do powiedzenia i jesteś błyskotliwa, ale też jesteś ślepa, jeśli nie widzisz, jak na Twój widok cieszy mi się gęba. Może byś tak zechciała, wielmożna Pani iść ze mną przez życie, dopóki się nie pokłócimy o jakąś pierdołę i nie wykasujemy swoich numerów telefonów? Zastanów się nad odpowiedzią dobrze, bo pamiętaj, że przyjechałaś tu ze mną i nie masz jak wrócić do domu.

Święcona woda tu nie pomoże…

Nigdy nie zapomni mi tego, że w chwilowym wkurwieniu, kazałam mu ubić białko do ciasta… widelcem, nie wspominając ani słowem, że mikser jest w szafce i mikserem byłoby szybciej.

Przez osiem lat, kiedy wstaję z brudnej powierzchni i pytam: „Mam brudny tyłek?”, notorycznie słyszę: „Przez spodnie nie widać”.

Ku jego uciesze, raz na rok choruję na coś, co odbiera mi głos i przestaję trajkotać.

Do dziś słyszę, że śmieję się jak Mutley.

Do dziś bawi go hasło „Wyrzekasz się szatana?”, „Nie mogę ojcze, mam z nią dziecko”.

Do dziś nie pozwala mi zmienić dzwonka w telefonie, który sam ustawił pod swój numer. Za każdym razem, gdy łajza dzwoni, słyszę: „Gdzie znajdziesz takiego, drugiego jak ja…”

To cudowne, że w końcu znaleźliśmy kogoś, kogo chcemy wkurwiać aż do końca swych dni.

Mówi się, że każda kobieta marzy i pragnie o ślubie. A więc nie, są jeszcze takie, które się panicznie boją i taką osobą jestem ja. Myśl o małżeństwie mnie przerażała i przeraża wciąż. Myśl, że wciśnięta w białą kieckę, patrząc mu w oczy, przysięgnę to, co przysięgnąć mam, sprawia, że mam mentalną obstrukcję. Generalnie samo to przedsięwzięcie mnie przeraża. Jak to mam mu powiedzieć, że chce żeby był moim mężem?

Jadąc rezerwować salę weselną, wyglądaliśmy, jakbyśmy byli chorzy:

– Państwo się dobrze czują? Szczególnie Pani? – rzucił manager

– Tak, tak – zapewniłam jąkając się zleksza

– A Pan? – rzucił manager

Igrek gapił się w przestrzeń wzrokiem pustym jak wydmuszka

– To może ja naleję Państwu wody. A więc mają Państwo do wyboru początek, środek i koniec miesiąca, więc jak?

– KONIEC – rzuciliśmy oboje zgodnym chórem

– A nie przepraszam, jednak zajęte. Ołówkiem było wpisane, przepraszam!

Wracając z sali, cisza w samochodzie waliła po uszach, jedynie Młody z fotelika rzucił: „Ciekawe co dadzą do jedzenia na tym weselu”

– Igrek, czy myśmy się na Boga dobrze zastanowili? – rzucam łamiącym się głosem

– Ja nie wiem. Czy my jesteśmy w ogóle gotowi na to, żeby zostać małżeństwem?

Wracam do wspomnień sprzed ośmiu lat, kiedy miałam masę wątpliwości czy dobrze robię. Nie byłam pewna decyzji o wyjeździe w góry, ale wiedziałam, że towarzystwo mam najlepsze.

A kiedyś usłyszałam, że jeśli iść do ołtarza to tylko w dobrym towarzystwie.

No to chyba idę.

 

Udostępnij ten wpis...Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *